Snippet
Młody i ambitny muzyk Jon dołącza do ekscentrycznego zespołu, którego liderem jest tajemniczy Frank.

gatunek: Dramat, Komedia
produkcja: Irlandia, Wielka Brytania
reżyser: Leonard Abrahamson
scenariusz: Jon Ronson, Peter Straughan
czas: 1 godz. 35 min.
muzyka: Stephen Rennicks
zdjęcia: James Mather
rok produkcji: 2014
budżet: 1 milion £
ocena: 7,3/10













 
Cierpienia młodego artysty



Prosto z festiwalu Sundance gdzie "Frank" miał swoją premierę, film przybył do polski. Już od początku budził niemałe zainteresowanie. Jednak co tak naprawdę wyróżnia ten film? Oryginalność czy przesłanie?

Na początku filmu mamy przedstawionego Jona (Domhnall Gleeson), który usilnie próbuje skomponować tekst piosenki na podstawie środowiska i otaczających go ludzi. Niestety nie wychodzi mu to najlepiej, co świadczy o tym, że wcale nie jest tak łatwo wymyślić tekst piosenki. Jednakże nie w tym rzecz, ponieważ właśnie wtedy poznajemy głównego bohatera filmu, który tak naprawdę nakręca jego akcję. Ta zaś jest wartka i w bardzo szybkim tempie się rozkręca. Dosłownie przykuwa nasz wzrok. Niestety w pewnym momencie film "siada" i traci swoją wypracowaną z początku werwę. Już nie intryguje nas tak jak na początku.

Fabuła filmu jest ciekawa, intrygująca, a na dodatek nieskomplikowana. Nie wymaga jakiegoś specjalnego skupienia aby załapać kolejność wydarzeń. Natomiast nad treścią jaką film przekazuje trzeba się już trochę na główkować. Dlatego właśnie film jest zaliczany do kategorii tzw. filmów nad, którymi trzeba trochę pomyśleć. Mogę jedynie dodać tyle, że wcale nie trudno wpaść na właściwy trop, aby rozszyfrować jego sens.

W roli głównej mamy Domhnalla Gleeson'a, który świetnie sprawdza się w graniu muzyka cierpiącego na brak weny. Natomiast w roli tytułowej mamy Michala Fassbender'a, który właściwie przez cały film nosi wielką maskę lub głowę, dlatego nie jesteśmy w stanie powiedzieć czegokolwiek o jego grze aktorskiej na bazie mimiki twarzy. Możemy go jedynie pochwalić za bardzo dobry wokal. Oprócz tego mamy świetną Magie Gyllenhall i Scotta McNairy'ego.

Film ma swój unikalny klimat, który ciężko jest właściwie uzyskać jeśli opowiada się taką historię. Trudno powiedzieć, że to dramat lub komedia. Lepiej opisać tę produkcję jako czarną komedię ponieważ ma bardzo charakterystyczny styl jak dla niej. Strona muzyczna filmu wcale nie wypada tak źle, gdyż dostarcza nam wielu nowych kreatywnych sposobów poszukiwania muzyki jak i świetnych kawałków. Oprócz tego obraz Abrahamson'a jest wypełniony mnóstwem zabawnych scen jak i gagów, które z początku świadomie maskują właściwe przesłanie filmu. Tutaj pozwolę sobie troszkę zaspoilerować, gdyż mimo, że główny bohater uważa się za normalnego to tak naprawdę to on jest czynnikiem destrukcyjnym, który prowadzi do rozpadu grupy. Nie pasował do niej od początku wstąpienia, ponieważ w jego interesie leżało robienie muzyki dla innych, a reszcie na tworzeniu muzyki wyłącznie dla siebie.

Wszystko sprowadza się do wcale nie głupiej konkluzji, że "świry powinny trzymać się razem". Najlepszym na to potwierdzeniem jest końcówka filmu, która wpisuje się idealnie w tę mądrość życiową i w sumie jest jednym z lepszych momentów produkcji.


Zuchwały awanturnik Peter Quill kradnie tajemniczy artefakt stanowiący obiekt pożądania złego i potężnego Ronana, którego ambicje zagrażają całemu wszechświatowi.

gatunek: Akcja, Sci-Fi
produkcja: USA
reżyser: James Gunn
scenariusz: James Gunn, Nicole Perlman
czas: 2 godz. 2 min.
muzyka: Tyler Bater
zdjęcia: Ben Davis
rok produkcji: 2014
budżet: 170 milionów $
ocena: 7,6/10












 
Od teraz tworzymy ekipę


Już od kilku lat studio Marvel produkuje jedne z najbardziej kasowych filmów na podstawie swoich komiksów. Co ciekawe, wypracowało pewne schematy, aby każdy z nich nie schodził poniżej pewnego poziomu. Mimo to nikt nie był na tyle odważny, aby zabrać się za ekranizację "Strażników Galaktyki", do czasu... kiedy pojawił się James Gunn - jedyny śmiałek. Takim oto sposobem, już od początku produkcji filmu było o nim głośno, a im bliżej premiery tym atmosfera coraz bardziej wrzała niczym w Kotle bałkańskim. Nawet długo po premierze obraz Gunn'a nie schodzi z podium box-office'u. Marvel jest zadowolony, ale co z nami kinomanami?

Film zaczyna się jak odyseja. Jest coś w rodzaju prequel'a, który informuje nas dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Następnie akcja skacze wiele lat później. Fabuła jest prosta i przez większość czasu poświęca czas ekranowy jednemu wątkowi – skradzionemu przez Quill'a artefaktowi. Inne wątki stoją na poboczu czekając na swoje pięć minut. Niestety nie mają dużej szansy zaistnienia, gdyż reżyser poświęca według mnie za dużo czasu na "zabawę" z tajemniczą kulką kiedy wystarczyłoby ten wątek uszczuplić i stałby się dużo ciekawszy. No cóż, zdarza się. Mimo tego seans nam się nie dłuży.

Bohaterowie, których prędko polubimy stanowią niezaprzeczalny fenomen tego film. Po pierwsze świetnie dobrani, po drugie zagrani. Star Lord, Gamora, Rocket, Groot i Drax tworzą niesamowitą paczkę, którą się wyśmienicie ogląda. W roli Quill'a (Star Lord) mamy przezabawnego Chrisa Pratt'a, który tak jak inni Marvelowscy bohaterowie musiał zaprezentować swój kaloryfer tak bez konkretnej przyczyny. Akurat Pratt'owi się wcale nie dziwię. Też bym chciał się pochwalić takim kaloryferem szczególnie wtedy gdy wymagałoby to zrzucenia 30 kilo nadwagi (polecam pooglądać jego zdjęcia sprzed "Strażników..." i zobaczyć jakiego dokonał postępu). Mamy też Zoe Saland'ę tylko tym razem w kolorze zielonym, a nie niebieskim jak w Avatarze. Oraz oczywiście Bradleya Cooper'a jako Rocketa (szopa) i Vina Diesel'a czyli Groota podkładających głosy pod obie postaci.

Jeśli chodzi o czarne charaktery to mamy ich kilka, a mianowicie trzy. Niestety dwa z nich są tak nijakie, że aż ciężko w to uwierzyć. Pierwszy to Ronan od, którego w ogóle nie czuć, że pała złem albo demonicznością i ciężko go uznać za czarny charakter. Nie budzi respektu. Drugi natomiast to Thanos, którego jest w filmie jak na lekarstwo. Co ciekawe bardziej intrygującą postacią okazuje się Nebula grana przez Karen Gillan (Doctor Who). Mam nadzieję, że potencjał tej postaci zostanie wykorzystany w kolejnych częściach.

Oczywiście, jak na kino rozrywkowe mamy wiele scen akcji i świetne efekty specjalne. 3D jakoś specjalnie nie zachwyca, ale jest parę ciekawych scen z wykorzystaniem tej techniki. Jednym ze wspominanych standardów Marvela są śmieszne sceny i gagi, które mają za zadanie inteligentnie przemycać humor do takich produkcji. Jednak tutaj dzieje się coś odwrotnego. Ilość zabawnych scen w tym filmie przewyższa wszystkie inne wcześniej. Tutaj po prostu kipi od śmiechu. Oprócz tego jest zwariowany i zakręcony. Chyba nawet trochę odbiega od innych produkcji tego studia. Do tego jeszcze mamy świetnie dobrane utwory lat 70, które tworzą unikalny klimat. Co do dubbingu, mam kilka uwag, nawet jeśli byłem na filmie z napisami. Uważam, że Paweł Małaszyński nie jest dobrą osobą do podkładania głosu Peterowi. Nie pasuje do postaci tak jak dubbing ze zwiastuna, który wyjątkowo był dobry. Ocenę jednak pozostawiam tym co widzieli film z dubbingiem.

Tak czy siak obraz Gunn'a jakoś nie zrobił na mnie takiego wielkiego wrażenia. Nie świadczy to o tym, że film jest zły, bo to nie prawda. Gratuluję reżyserowi, że udało mu się stworzyć produkcję z sensem w której jest humanoidalne drzewo czy chociażby gadający szop. Niestety pomimo tego sukcesu "Strażnicy Galaktyki" jakoś nie wywarli na mnie większego wrażenia. Tutaj właśnie dochodzę do konkluzji, że niesprawiedliwie oceniłem "Kapitana Amerykę: Zimowego żołnierza", gdyż jest to jeden z najlepszych filmów Marvela dotychczas. Będę niestety zmuszony zmienić jego ocenę ponieważ po wielu przemyśleniach uznałem, że niesłusznie go oceniłem. K.A przewyższa dzieło Jamesa Gunn'a na polu konstrukcji fabuły oraz zarysowaniu licznych intryg. Wszystko jednak sprowadza się do tego, że najnowsza produkcja Marvela jest godna uwagi i jeśli tylko chcecie się rozerwać możecie ją wybrać bez najmniejszego zastanowienia.

Najzabawniejszy chłopiec świata zaprasza was na najśmieszniejsze wakacje w historii! Wraz z wesołą i kompletnie nieobliczalną paczką przyjaciół sprawi, że wszyscy dorośli zapamiętają ten urlop. Na zawsze!

gatunek: Familijny, Komedia
produkcja: Francja
reżyser: Laurent Tirard
scenariusz: Laurent Tirard, Grégoire Vigneron
czas: 1 godz. 37 min.
muzyka: Éric Neweux
zdjęcia: Denis Rouden
rok produkcji: 2014
budżet: nieznany
ocena: 7,5/10











 
Najlepsze, najgorsze wakacje


Od świetnej produkcji z 2009 roku pt: "Mikołajek" minęło sporo czasu i wielu już myślało, że była to jedyna ekranizacja przygód napisanych przez Goscinny'ego i narysowanych przez Sempé'a. Oto jednak w 2014 roku twórcy nas zaskoczyli prezentując kolejną odsłonę przygód. Niestety nie obyło się bez wielu dyskusji na jego temat.

Film przyjmuje na pozór bardzo przyjemną tematykę - mianowicie wakacje. Mamy koniec roku szkolnego i każdy gdzieś wyjeżdża. Tym razem Mikołaj jedzie nad morze, nie w góry. Takim oto sposobem cała akcja filmu ma miejsce w kurorcie morskim. Fabuła jest wartka i płynna. Na pewno nie będziemy się nudzić na półtoragodzinnym seansie, który jest wypełniony akcją. W końcu główną postacią jest Mikołajek!

Film właściwie jest dedykowany dzieciom lecz nie zdziwiłbym się gdyby wiele dzieci go nie zrozumiało. Produkcja opowiada nie tylko o psotach Mikołajka jednak poświęca też wiele swojego czasu relacji dorosłych jak i rozbudowuje ich wątki. Jest to zbyt skomplikowane dla małych dzieci więc tego nie zrozumieją. Dorośli, mam nadzieję, że tak.

Aktorzy to jeden z tematów poddawanych pod dyskusję przez głównego bohatera czyli Mikołajka, który został zmieniony. To już nie Maxime Gordat z błyskiem w oku gdzie widać było w nim prawdziwego Mikołajka. Teraz to Mathéo Boisselier gra pierwsze skrzypce. Nie robi tego wcale źle, nawet mu świetnie idzie tylko jeśli ktoś pisze iż obaj chłopcy prawie się nie różnią to powinien się wybrać do okulisty jak najszybciej. Natomiast Merad i Lemercier powracają w roli rodziców Mikołaja i robią to świetnie. Do obsady dochodzi jeszcze "Mamuś" czyli babcia Mikołaja ze strony mamy grana przez Dominique Lavanant - dość zrzędliwa przy okazji.

Mały bohater szybko się aklimatyzuje i poznaje masę kolegów, których jak wiadomo cechuje coś szczególnego. Mnie niestety rozśmieszył tylko Dżodżo z angielskim akcentem. Przy pierwszej części nie miałem takiego problemu gdyż każdy z bohaterów miał w sobie "coś". Tutaj koledzy Mikołaja są niezbyt wyraźnie nakreśleni i w sumie to nie jesteśmy nimi jakoś specjalnie zainteresowani. Ciekawiej wypadają relacje Mikołaj-Isabella-Ludeczka. Taki śmieszny trójkąt, który zasługuje na uwagę.

Jedyne co mnie jeszcze troszkę rozczarowało to humor, którego w filmie jest niewiele. Wydaje mi się, że oglądając wcześniejszą część lepiej się bawiłem.

Wszystko musi mieć koniec i początek także wakacje się skończyły i film też. Co ciekawe produkcja spodobała mi się nie z powodu tego iż mnie rozbawiła bo tak wcale nie było, tylko z racji iż pokazała ciekawe zależności i prawdę dotyczą świata dorosłych. Ponieważ każdy mężczyzna jak i wzorowy, kochający mąż i tak będzie się oglądał za innymi kobietami gdyż taką ma naturę. Oraz, że niewiele trzeba aby pewna osoba się otworzyła i uwierzyła, że jest warta więcej niż jej się wydaje. Pokazuje także momenty zauroczenia, które prowadzą do tego iż mając jedną (kobietę, dziewczynę) pragnie się mieć inną nie tracąc wcale tej pierwszej. Wszystko to nakłada się na bardzo wartościowy obraz, którego niestety nie wszystkie dzieci zrozumieją. A szkoda.



"Wikingowie" opowiadają historię Ragnara Lothbroka oraz jego rodziny. Serial ukazuje jak Ragnar staje się królem wikińskich plemion. Poza byciem nieustraszonym wojownikiem, Ragnar jest ucieleśnieniem nordyckiej tradycji i oddania się bogom. Legenda mówi, że jest on bezpośrednim potomkiem Odyna, boga wojny i wojowników.

oryginalny tytuł: Vikings 
twórca: Michael Hirst
gatunek: Dramat historyczny, Akcja
kraje: Kanada, Irlandia
czas trwania odcinka: 45 min.
odcinków: 29
sezonów: 3
muzyka: Trevor Morris
zdjęcia: John S. Bartley, P.J. Dillon
produkcja: History Channel
średnia ocena: 7,8/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 18 lat (wg. KRRiT)









 
Sezon 1
My wikongowie


Ocena sezonu: 7,0

Historia to bardzo wdzięczny temat dla filmowców. Można ją eksploatować niemalże na każdy sposób. Opowiedzieć wydarzenia w zgodzie z faktami, albo popuścić nieco wodze wyobraźni i skierować opowieść na nieco inne tory. Jedno jest jednak pewne, że w obydwu przypadkach twórcy wykorzystują legendarne bądź autentyczne postaci, które pojawiły się na kartach historii. Nic więc dziwnego, że stacja History postanowiła dodać do bogatej biblioteki produkcji historycznych swoją propozycję, która koncentruje się na losach najsłynniejszego z wikingów, a mianowicie Ragnara Lothbrocka. Czy "Wikingowie" okażą się godnym uwagi serialem?

Zdecydowanie, ale co do doskonałości produkcji mam wiele zastrzeżeń. Jako, że serial traktuje o losach Ragnara Lothbrocka twórca postanowił przedstawić nam jego drogę na szczyt. Od zwykłego wikińskiego rolnika poprzez niezwyciężonego dowódcę, a w końcu wielkiego króla. Serial ukazuje nam początki naszej postaci oraz jej ewolucję. Ale zacznijmy od samego początku. Produkcja kanału History choć już od pierwszych minut potrafi nas zaintrygować, to jednak nie jest w stanie naszej ciekawości utrzymać. Odcinek pierwszy okazał się niezłą bombą fabularną dzięki czemu Michael Hirst bardzo gładko wprowadził nas w utworzone przez siebie uniwersum. Potrafił nas zaintrygować, a nawet zelektryzować wydarzeniami ekranowymi co oczywiście sprawiło, że spragnieni sięgniemy po więcej. Niestety bardzo szybko odkryjemy, że serial cechuje raczej pasywność, a nie nieokiełznany hart ducha wikingów. Po świetnym wstępie, akcja produkcji drastycznie spada, a wraz z nią nasze zainteresowanie. Wydarzenia nieubłaganie się ciągną, a całość po prostu przynudza. To zaskakujące z jaką łatwością przyszło twórcy sprowadzenie serii do poziomu zerowego po tak dobrym starcie. Taki niespodziewany zwrot zdarzeń niestety nie jest dobrym znakiem dla produkcji. Oznacza przestój w opowieści, który istotnie następuje i wprowadza zimny powiew nudy, który dosyć długo nie chce nas opuścić. Choć twórca dwoi się i troi, to jednak nawet z końcem sezonu nie udaje mu się osiągnąć poziomu wyznaczonego przez wspaniały wstęp. Będzie on aż do samego końca starał się podreperować serię i na nowo zdobyć nasze zaufanie, abyśmy przygotowali się na mocny finał. Niestety odbudowa wizerunku nie idzie mu najlepiej. Droga do wybawienia okazuje się niesłychanie zakręcona, albowiem akcja produkcji często lubi skakać tworząc podręcznikowy wzór sinusoidy. Raz na fali, a raz pod wodą. Oglądając serial tak naprawdę ciężko jest nam się zdecydować co tak naprawdę sądzić o tego typu zabiegach. No bo albo mamy pełen akcji napad na klasztor, albo sielankowe nic nie robienie w Kattegat. Doprawdy pod tym względem seria jest strasznie nierówna i nie zapewnia nam mocnych wrażeń. Nie jest nas w stanie do końca przekonać czy jest sens sięgać po kolejne odcinki. Takim oto sposobem fabuła okazuje się być średnio intrygująca i mało wciągająca, albowiem wątek główny serii jest tak nierówny, że naprawdę ciężko się nim zachwycać. Akcja serialu jest bardzo, ale to bardzo powolna i jedynie niekiedy potrafi zaserwować nieco szybszy bieg zdarzeń. W większości produkcja prezentuje mało ciekawe i nieangażujące wydarzenia, które nie są w stanie nas ująć, ani sprawić, że skupimy na nich maksymalnie naszą uwagę. Niemniej jednak muszę pochwalić twórcę za sam pomysł na serial o wikingach oraz za rewelacyjne ukazanie nie tylko słynnych na cały świat postaci wojowników, ale również ich obyczajów, kultury oraz wierzeń. Wbrew pozorom te elementy odgrywają znaczącą rolę w serii, jednoznacznie definiując to jakim ludem byli ludzie północy. Nie wiem czy są to informacje zgodne z prawdą czy też nie, ale muszę przyznać, że ten zabieg rewelacyjnie podniósł serię na duchu. To samo tyczy się niezwykle intrygujących oraz pełnych emocji potyczek bohaterów, które okazują się być dużo lepsze od pierwszoplanowej intrygi. Są bardziej wciągające, ukazują nam znacznie więcej wątków przez co po prostu z chęcią śledzimy wydarzenia z życia postaci, które bez problemu polubiliśmy wraz z pierwszym odcinkiem. Natomiast wracając do wątku głównego należy podkreślić, że pomimo swojej nieciekawej formuły i skaczącego tempa akcji jest to systematycznie budowana intryga, która skrupulatnie otwiera przed twórcą coraz to nowe drogi do wyeksploatowania serii. Szkoda, że w pierwszym sezonie nie korzysta już z tego przywileju, ale miejmy nadzieję, że w przyszłości postąpi właściwie.

Wracając zaś do postaci trzeba przyznać, że są to świetnie nakreślone oraz rewelacyjnie zagrane sylwetki, którym bardzo szybko udaje się trafić do naszego serca. Są to niezwykle silni, krnąbrni, nieustępliwi, wyjątkowo brutalni oraz wojowniczy bohaterowie, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać. A w szczególności Ragnar, który ma dość słuchania rozkazów bezmyślnego króla, w szczególności, że sam może rządzić ludem. Jego droga do władzy okazuje się być ciekawą lekcją ukazującą nam niewyobrażalny spryt oraz mądrość naszej postaci, która z wyjątkową gracją zdobywa to co zechce. Co więcej bohater jest do tego stopnia przebiegły, że nigdy nie możemy mieć pewności co kombinuje, ani jaki jest jego następny ruch. W tej roli rewelacyjnie prezentuje się Travis Fimmel. Innymi postaciami godnymi uwagi są Lagertha – żona Ragnara (Katheryn Winnick), niezwykle tajemniczy i dziwaczny Floki – przyjaciel Ragnara (Gustaw Skarsgard), Rollo – brat Ragnara (Clive Staden), Siggy – żona Jarla Haraldsona (Jessalyn Gilsig) oraz Athelstan – angielski mnich porwany przez wikingów (George Blagden).

Od strony techniczej produkcja nie zawodzi. Przede wszystkim mamy dynamiczne zdjęcia, rewelacyjną muzykę Trevora Morrisa oraz bardzo dobre efekty specjalne. Na uwagę zasługują również świetne kostiumy, fenomenalna charakteryzacja oraz nieziemski klimat produkcji. W serialu nie obędzie się oczywiście bez krwawych jatek, przelewania krwi, ani ucinania głów także jeśli macie słabe nerwy czy też nie lubicie widoku krwi szczerze odradzam produkcję.

Koniec końców pomimo ciekawych potyczek bohaterów, rewelacyjnie nakreślonych oraz zagranych postaci, fenomenalnego wykończenia w postaci zdjęć, muzyki czy klimatu serial niestety nie jest w stanie nas w pełni zachwycić. Brak mu najważniejszego czynnika jakim jest ciekawa i wciągająca fabuła. Tutaj takowej brakuje. Wydarzenia ekranowe dzieją się zbyt wolno oraz są mało absorbujące. A główna intryga strasznie się wlecze i nie jest w stanie nas usatysfakcjonować. Dopiero ostatni odcinek przynosi większe zmiany i serwuje przyzwoite zakończenie. Jednakże czy twórca wykorzysta zmarnowany w tym sezonie potencjał? Tego dowiemy się wkrótce natomiast ja wystawiam serii ocenę na kredyt. Oby mi się to opłaciło...



Sezon 2
Powrót w wielkim stylu


Ocena sezonu: 8,5

Po niezbyt zaskakującym pierwszym sezonie "Wikingowie" powracają do nas z kolejnymi odcinkami. Sezon zapowiada się naprawdę obiecująco, ale lepiej nie wywoływać wilka z lasu, w szczególności gdy mamy za sobą pierwszy sezon, który tak samo świetnie się zapowiadał, ale koniec końców wyszło dość przeciętnie. Tylko poszczególne elementy zdołały ocalić produkcję przed totalną katastrofą. Czy kolejny sezon serialu stacji History okaże się taką samą fabularną szarpaniną czy może zaskoczy nas czymś nowym?

Ostatni odcinek poprzedniego sezonu "Wikingów" zaserwował nam powrót do tego co najlepsze w serii. W  końcu coś się w serialu ruszyło, a my rozochoceni postępem wydarzeń po prostu nie mogliśmy się oprzeć kolejnym odcinkom. Chociażby ze względu na artystyczny zamysł czy intrygujące postaci, których potyczki prezentowały się niezwykle interesująco. To właśnie od nich twórca zaczyna nowy sezon koncentrując się na konflikcie wśród wikingów, który doprowadził do wojny domowej. Pierwszy epizod rozpoczyna się od widowiskowego starcia pomiędzy ludźmi północy, które ma przesądzić o tym kto zostanie wodzem Kattegat. Choć owa bitwa nie trwa zbyt długo okazuje się rewelacyjnym wstępem do nowej serii. Premierowy odcinek również nie zawodzi dostarczając nam wartkiej akcji oraz ciekawego powrotu znanych nam bohaterów. Jednakże to zaledwie początek. Co dalej? Otóż ku mojemu zaskoczeniu dalej również jest bardzo dobrze, a czasami nawet rewelacyjnie. Twórca serialu zaczyna wykorzystywać nakreślone wcześniej pomysły przez co w drastycznym tempie udaje mu się rozbudować fabułę serii oraz znacząco ją przyspieszyć. Niedługo po premierze ma miejsce skok w czasie, który w momencie przenosi nas o kilka lat do przodu. Choć taki zabieg fabularny może z początku nieco nas zdezorientować, to jednak twórcy wyjątkowo szybko udaje się odnaleźć w nowej rzeczywistości dzięki czemu również i my z łatwością się w niej odnajdujemy. Ale sok w czasie to nie jedyna niespodzianka jaka na nas czeka w tym sezonie. Przede wszystkim twórcy udało się uniknąć wszystkich błędów poprzedniego sezonu przez co nowa seria prezentuje sobą całkiem nowy poziom. Na pierwszym planie mamy niezwykle intrygującą oraz bardzo wciągającą intrygę dotyczącą podboju królestwa Wessexu. Wydarzenia ekranowe są pełne emocji, napięcia oraz dramatu, a cały proces podboju nowych ziem okazuje się być zaskakująco rozegrany. Towarzyszy mu cała masa dynamicznych, świetnie wykreowanych oraz krwawych bitew, które dostarczają nam fenomenalnej rozrywki. Ale to nie wszystko, albowiem podboje wikingów nie są jedynym zagadnieniem nowej serii. Bardzo ważną rolę odgrywa również Kattegat, na które chrapkę ma król wszystkich wikingów, albowiem obawia się szybko pnącego się w górę Ragnara. Wydarzenia z Wessex również prezentują się niezwykle wciągająco. Ukazują nam dwór Króla Ekberta oraz pokazują jak rządzi swoim krajem oraz jak stara się pokonać wikingów, którzy uporczywie pukają do jego drzwi. Bardzo szybko wychodzi na jaw, że Ekbert nie różni się niczym szczególnym od samego Ragnara co czyni go groźnym przeciwnikiem, którego bardzo łatwo można nie docenić. Taki obrót spraw generuje wiele zaskakujących zwrotów akcji, które zarówno napędzają produkcję jak również dodatkowo ją komplikują. Twórcy serialu bardzo zgrabnie udało się ukazać wszystkie wątki oraz poskładać je w taki sposób, aby ich odbiór nie był chaotyczny. Udało mu się również bardzo dobrze przedstawić wątek główny, który ku mojemu zaskoczeniu prezentuje się o niebo lepiej niż ostatnio. Przede wszystkim potrafi nas zaintrygować i wciągnąć w wir wydarzeń ekranowych, które niesamowicie pędzą i pokazują nam prawdziwy potencjał serii. Fabuła natomiast jest pełna niespodzianek, ciekawych i emocjonujących wydarzeń oraz niesamowitych potyczek postaci, które po raz kolejny okazują się być sercem całej produkcji. Ale przede wszystkim całość naprała tempa, wydarzenia ekranowe rumieńców, a pierwszoplanowa intryga w końcu okazała się warta uwagi.

Pod względem aktorskim serial prezentuje się naprawdę dobrze. Mamy pełnokrwiste postaci, które nieustannie zaskakują nas swoim chartem ducha, odwagą czy pomysłowością. Potrafią nas wielokrotnie zaskakiwać i sprawić, że nigdy nie możemy być pewni ich kolejnych poczynań. Przede wszystkim na pierwszym planie mamy Ragnara (Travis Fimmel), Ekberta (Linus Roache) oraz Horika (Donal Logue), którzy nieustannie walczą o niezależność i władzę. Każdy z nich jest ciężkim do ogrania graczem i każdy z nich jest w stanie zrobić wszystko, aby zwyciężyć w tym starciu. Ich postacie są władcze i pewne siebie co czyni je wyjątkowo niebezpiecznymi. Ale to nie jedyni bohaterowie, których przygody są godne uwagi. Przede wszystkim mamy ciekawe potyczki Lagerthy (Katheryn Winnick) i Bjorna (Alexander Ludwig) (który sporo urósł od ostatniego spotkania). Na dalszym planie mamy również dwór Ekberta oraz byłego mnicha Athelsthana (George Blagden), któremu twórca zgotował niezły los w nowym sezonie. Oprócz nich pojawia się jeszcze księżna Auslaug (Alyssa Sutherland), Siggy (Jessalyn Gilsig), Rollo (Clive Standen) oraz Floki (Gustaf Skarsgård).

Technicznie serial prezentuje się wyśmienicie. Świetne efekty specjalne, wiarygodne walki, świetnie scenografie oraz kostiumy. Oprócz tego mamy rewelacyjny klimat, wyśmienitą muzykę Trevora Morrisa oraz ciekawe i dynamiczne zdjęcia.

Choć sam nie mogę uwierzyć w to co piszę, ale w istocie nie da się zaprzeczyć, że drugi sezon "Wikingów" to seria na jaką czekałem. Przede wszystkim w ciekawy i wciągający sposób ukazano nam wątek główny, który okazał się niezłym zastrzykiem dla serii. Jest niezwykle ciekawy, pełen dynamizmu, napięcia oraz rewelacyjnych bitew, które dostarczają świetnej rozrywki. Oprócz tego mamy klika dodatkowych historii, które rewelacyjnie dopełniają opowieść wnosząc do niej przy okazji nowe twarze. Wisienką na torcie jest fenomenalne wykończenie, aktorstwo oraz ciekawe potyczki naszych postaci. Muszę przyznać, że drugi sezon zaskoczył mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Cieszę się, że twórca zdał sobie sprawę z potencjału swojej opowieści i że udało mu się opowiedzieć ją w tak lekkiej i przystępnej formie. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak czekać na nowy sezon.




 
Sezon 3
Historia kołem się toczy


Ocena sezonu: 8,0

Po bardzo udanym drugim sezonie doprawdy ciężko było mi przewidzieć czym tym razem zaskoczy mnie twórca serii Miachael Hirst. Ostatnim razem dobitnie pokazał, że jest w stanie wykorzystać potencjał stworzonej przez siebie opowieści i że bez problemu radzi sobie z opowiadaniem kilku wątków naraz. Nie straszne mu były niepodbite terytoria, nowi bohaterowie czy też bez przerwy komplikująca się fabuła. Za każdym razem udało mu się znaleźć idealne rozwiązanie dla każdego problemu dzięki czemu dało się wyczuć jego zdecydowanie oraz determinację. A na samym końcu twórca zaserwował nam niezwykle emocjonujący i pełen brutalności finał, który potrafił jednocześnie zmrozić krew w żyłach, ale także zaintrygować samymi wikingami. Tą finalną sceną udało mu się zamknąć świetny sezon pełen nowości oraz wielu zaskoczeń. Teraz kiedy znowu powracamy do świata ludzi północy ciekaw jestem jak dalej potoczą się losy naszych bohaterów oraz w stronę której serii się skłonią? Pierwszej czy drugiej?

Odpowiadając na to pytanie zawczasu przyznam, że w kierunku obu. Nowy sezon to ciekawa hybryda, która powstała z najlepszych elementów drugiego sezonu oraz z najgorszych pierwszej serii. Ale zacznijmy omawianie od samego początku. Przede wszystkim należy podkreślić, że powrót do serialu nie jest już tak entuzjastyczny jak to miało miejsce ostatnio. Z reguły pierwszy epizod powinien zachęcić do sięgnięcia po więcej, ale w przypadku "Wikingów" jest całkiem na odwrót. Doprawdy nie mam pojęcia czemu ta seria od samego początku ma wszystko na opak, ale jak widać jest to ukryty przepis na sukces twórcy. Szkoda tylko, że sprawdza się dosłownie w 50%. Powroty do lubianych przez nas seriali zawsze są czymś niezwykle ekscytującym, albowiem po okresie przerwy mamy ponowną możliwość spotkania się z naszymi ulubionymi bohaterami i dobrą okazję by znowu wyruszyć z nimi w nieznane. Pierwsze odcinki zawsze były elementami napędowymi serii dzięki czemu z niezwykłą łatwością twórcom udawało się wprowadzać nas w kolejne sezony. Choć dalej już nie było tak dobrze jak na początku, to jednak zawsze się podkreślało ten dobry wstęp. Natomiast powrót do "Wikingów" w trzecim sezonie odbywa się najwidoczniej na całkiem innych zasadach, albowiem to co powinno sprawiać nam radość w efekcie boli. I to bardzo. A wszystko za sprawą niezwykle słabego odcinka zapowiadającego nową serię. Aż ciężko uwierzyć, że po tak dobrym sezonie otrzymujemy tak nijakie, nieciekawe i strasznie rozwleczone powitanie, które wręcz odpycha nas od całego serialu. Zero akcji, zero konkretnego wątku na którym miałby się skupić odcinek oraz nużąca forma sprawiają, że automatycznie nastawiamy się negatywnie do serii. Jedynie losy naszych postaci jakoś ratują całość, ale one również nie są na najwyższym poziomie. Nie pozostaje nam więc nic innego jak kontynuować produkcję, która być może się rozkręci. W istocie dzieje się tak, ale ku mojemu zaskoczeniu nie od razu. Aby zobaczyć to co najlepsze musimy sporo poczekać, a nie jest to takie łatwe, albowiem odcinki pojawiające się po premierowym również nie zachwycają. Przede wszystkim brak im lekkości, gracji oraz dynamizmu, który tak świetnie jawił się w poprzedniej serii. Tym razem ich nie mamy przez co wątek główny jest średnio intrygujący, wydarzenia ekranowe mało wciągające, a odcinki po prostu rozczarowują. Choć trudno w to uwierzyć w istocie tak jest. Tym razem nawet nasi bohaterowie nie uratują całości, albowiem ich losy są wyzbyte emocji przez co ciężko nam je śledzić z zaintrygowaniem (wyróżnić mogę jedynie postać Athelsthana). Krwawe bity tym razem również nie dostarczają nam rozrywki, albowiem brak im furii oraz brutalności poprzednich starć. Powrót do znajomego nam Wessexu również pozostawia nas z pustymi rękami. Początek trzeciego sezonu wygląda jak gromadzenie odpowiedniej ilości materiału, który ma posłużyć za punkt odniesienia dla kolejnych wydarzeń. Widzimy jak twórca nakreśla nowe wątki oraz ukazuje nam nowe postaci, ale jak na razie nic z nimi nie robi. Tak jakby czekał na odpowiedni moment. Co ciekawe chwila ta nadchodzi wraz z szóstym epizodem, który przełamuje barierę nudy oraz zastoju i w całkiem energicznym tempie zaczyna rozwijać fabułę. Wydarzenia niespodziewanie przyspieszają i momentalnie udaje im się skupić naszą uwagę. Odcinek dostarcza nam mnóstwa emocji oraz wprowadza niemałe zamieszanie wśród naszych bohaterów. A to dopiero początek, albowiem dalej jest jeszcze lepiej. Serial jeszcze drastyczniej przyspiesza i w mgnieniu oka przenosi nas  na wybrzeża królestwa Frankii, którą Ragnar ma zamiar podbić poprzez zdobycie Paryża. Nasi wikingowie przybywają do Paryża i zaczynają oblężenie miasta. My natomiast mamy możliwość oglądać zbrojenie się wojsk z obu stron, ze strony najeźdźców oraz najeżdżanych. Michael Hirst po raz kolejny dodaje do serialu nowe postacie, których losy będą stricte powiązane z najazdem wikingów. Ukazuje nam niezwykle intrygujące losy króla, jego córki oraz obrońcy Paryża, którzy stoją na czele nowych twarzy w obsadzie. Natomiast jeśli chodzi o samo oblężenie miasta należy podkreślić, że jest ono przeprowadzone w iście rewelacyjny sposób. Dostarcza nam niesłychanych emocji, niesamowitych i świetnie ukazanych walk oraz całej masy zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że tak do końca nie mamy pewności kto w tej bitwie zwycięży, albowiem Paryż okazuje się lepiej przygotowanym na oblężenie miastem niż Ragnar przypuszczał. A kwintesencją tego wątku jest fenomenalne zakończenie, które w iście rewelacyjny sposób wieńczy bitwę. To wszystko sprawia, że druga część serialu jest niezwykle lekka, pełna świetnie wykreowanych bitew, lekkiego i przyjemnego odbioru oraz wciągającej i intrygującej historii, która nie pozostawia nam ani chwili na nudę. Zestawiając cały sezon mamy niewiarygodny kontrast pomiędzy pierwszymi pięcioma odcinkami, a kolejnymi pięcioma, które zdają się przedstawiać całkiem inne oblicze. Doprawdy nie mam pojęcia jak do tego doszło, ale w istocie pod względem fabularnym mamy nieciekawą, rozwlekłą i o ślimaczym tempie pierwszą połowę sezonu oraz pełną akcji, zaskakujących zwrotów akcji, emocji oraz potyczek drugą część serii.

Bohaterowie oraz ich perypetie przeżywają takie same rozdwojenie jaźni jak fabuła serii. Polega ono na tym, ze przez pierwsze odcinki losy naszych postaci są jakby wyzbyte emocji, albowiem nie intrygują nas, ani nie wywołują zainteresowania. Dopiero później gdy w serialu wreszcie zaczyna się coś dziać nasi bohaterowie nagle jakby ożywają, a ich losy zaczynają nas obchodzić. Jest to kolejny nieodgadniony dla mnie zabieg w tej serii, ale jak widać ten sezon jest pełen niespodzianek. Kto wie co jeszcze na nas czeka... Jeśli chodzi o bohaterów serialu to na pierwszym planie nadal mamy Ragnara Lothbrocka, który nieugięcie podąża za swoimi marzeniami podbicia nowych krain. Tym razem trafiło na Paryż, ale zadanie to okazało się nieco przytłaczać naszego władcę. Czy i tym razem nasz wiking znów pozostanie niepokonany? W roli Ragnara mamy świetnego Travisa Fimmela. Na ekranie pojawia się również dwór króla Ekberta, potyczki niezłomnej Lagerhty, Żelaznobokiego Bjorna, jego miłości Pórunn, Flokiego, Rollo oraz Athelstana. Oprócz znanej obsady w serialu pojawiają się: Amy Bailey jako księżniczka Kwenthrith, Morgane Polanski jako księżniczką Gilsa, Owen Roe jako hrabia Odo oraz Lothaire Bluteau jako król Charles . Pod względem aktorskim serial prezentuje się na wysokim poziomie i dostarcza rewelacyjnie sportretowanych bohaterów.

Od strony technicznej seria prezentuje się tak samo dobrze jak pozostałe. W naszej pamięci pozostaną oryginalne kostiumy, ciekawe zdjęcia, surowe krajobrazy, krwawe bitwy oraz niesamowita muzyka Trevora Morrisa. Nie należy zapominać również o wyjątkowym klimacie oraz ciekawych scenografiach.

Sezon trzeci "Wikingów" zapowiadał się naprawdę świetnie, ale nie wszystko do końca poszło po myśli twórcy. Nadal nie mam bladego pojęcia jak doszło do sytuacji, że sezon można podzielić na dwie części tę nudą i wolną oraz tę ciekawą i wartką. Doprawdy nie wiem co o tym sądzić, albowiem takie śmieszne zrządzenie losu postawia mnie w bardzo niekorzystnej sytuacji dotyczącej oceny dla tej serii. Z jednej strony mamy nieciekawe, powolne i rozciągnięte epizody, a z drugiej niezwykle wartką, pełną akcji, krwawych bitew oraz ciekawych wydarzeń fabułę, która z momentu nas elektryzuje. No i jak pogodzić te dwa światy szczególnie, że zderzają się w tym samym sezonie? Zaprawdę nie wiem, ale mogę powiedzieć, że z wielką chęcią sięgnę po kolejną serię, albowiem trzecia zakończyła się niezwykle obiecująco i jestem niezmiernie ciekaw co wydarzy się dalej.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Do rywalizacji we wnętrzach luksusowego hotelu Valhalla w Las Vegas przystąpią uwielbiani przez widzów uczestnicy wcześniejszych tanecznych turniejów: Sean, Andie, Moose, Jenny Kido, Eddy, Camille, Jason, Hair, Monster, Vladd i bliźniaki Santiago. Wszyscy oni sprawią, że parkiety Miasta Grzechu rozgrzeją się do czerwoności.

gatunek: Melodramat, Muzyczny
produkcja: USA
reżyser: Trish Sie
scenariusz: John Swetnam
czas: 1 godz. 52 min.
muzyka: Jeff Cardoni
zdjęcia: Brian Pearson
rok produkcji: 2014
budżet: nieznany
ocena: 6,5/10










There it's a magic to hapens when you dance.


Jak widać twórcy serii "Step Up", nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa wprowadzając do kin po świetnym "Revolution" kolejną cześć "All in". Jednak wszystko powinno się kiedyś zakończyć, nieprawdaż? Jednak twórcy wpadli na niecodzienny pomysł. Postanowili ściągnąć z poprzednich części bardziej wyróżniające się postacie i stworzyć z nich nową "superekipę". Jaki jest tego efekt?

Nie można się nie zgodzić, że pomysł na piątą część jest rewelacyjny, gdyż w każdej części spotykaliśmy ciekawe osobowości z rozmaitymi talentami, które w połączeniu mogłyby dać świetne widowisko. Razem z Moosem ("Łoś"), który jest jakby łącznikiem wszystkich części. Pomysł był jak najbardziej obiecujący.

Oglądając takiego rodzaju filmy, według mnie nie ma po co zwracać uwagi na fabułę, która jest do bólu przewidywalna i oczywista. Tak samo nie ma co narzekać na scenariusz, gdyż takie produkcje stawiają na prostą historię i mnóstwo spektakularnych tańców. My, zajmując się oglądaniem takiego filmu mamy zwrócić uwagę na taniec i aktorów. To tyle.

Niestety tutaj rodzi się problem. Produkcja zapowiadała się rewelacyjnie jeśli chodzi o choreografie taneczne i ich wykonanie. Po świetnych układach w "Revolution", które były przemyślane, spektakularne i nas naprawdę zachwycały w "All in" wydaje mi się, że spodziewaliśmy się tego więcej. Przynajmniej ja tak sądzę. Tymczasem dostajemy proste układy, bez przepychu i rozmachu. Nie wywołują w nas już tego podziwu co kiedyś. Miałem ważenie niedosytu i rozczarowania. Myślałem, że angażując tyle postaci z wcześniejszych części dostaniemy pokaz umiejętności tanecznych na ich poziomie. Tymczasem tak się nie dzieje. Szkoda. Na tym polu oczekiwałem czegoś lepszego. Dużo lepszego...

Jak wiadomo produkcja tego typu będzie zawierać humor i chwile załamania. Tak samo jest i w tej części. Mamy wiele śmiesznych scen, wykorzystujących komizm postaci jak i sytuacji np. z instruktorem tańca szkoły Any i Borisa czy "człowieka robota" oraz chwile zwątpienia, kiedy każdy myśli, że to już koniec ich rywalizacji.

Aktorstwo wypada dobrze, bez rewelacji gdyż, aktorzy grający w takich filmach mają z reguły umieć tańczyć a nie grać więc wiele od nich nie wymagajmy. Mimo tego miło jest ponownie spotkać Guzman'a, Evigan, Sevani'ego, Kode czy chociażby bliźniaków Santiago. Na dodatek w tej części mamy polski akcent czyli Izabelę Miko jako Alexxę Bravę. Szczerze powiedziawszy, to na początku filmu strasznie mnie irytowała i chciałem aby jak najszybciej zniknęła mi sprzed oczu. Później jednak jakoś moje poirytowanie minęło i Izabela pokazała co potrafi. Niestety nie miała wielu ambitnych scen, gdyż przez większość czasu grała ładną i głupiutką gwiazdę pop'u.

Podsumowując: film ogląda się przyjemnie i bez żadnych zgrzytów. Niestety, nie można powiedzieć, że jakoś specjalnie mnie zachwycił. Właściwie to mnie rozczarował. Czułem po nim niedosyt taneczny, którego nie da się odczuć po "Revolution". Poprzednie części ze słabą fabułą nadrabiały wspaniałymi wyczynami tanecznymi. Tutaj niestety zawiodłem się i na tym polu. Stwierdzam, iż ta część była zupełnie nie potrzebna. Szkoda, bo potencjał był.



Romain Faubert to 39-letni samotny mężczyzna do tego cierpiący na hipochondrię. Ciągle "nęka" swojego lekarza, aby ten go leczył. Jest jednak jeden problem. Pacjent jest zdrowy. Doktor twierdzi iż pomoże mu tylko żona dlatego postanawia pomóc koledze w celu jej jak najszybszego znalezienia.

gatunek: Komedia
produkcja: Belgia, Francja
reżyser: Dany Boon
scenariusz: Dany Boon
czas: 1 godz. 47 min.
muzyka: Klaus Badelt
zdjęcia: Romain Winding
rok produkcji: 2014
budżet: 31 milionów $
ocena: 7,0/10











Cierpiąc na chorobę XXI wieku


Dany Boon – znany reżyser i aktor, twórca "Jeszcze dalej niż północ", po paru latach serwuje nam kolejną komedię. Tym razem to Romain Faubert – hipochondryk, ma nas bawić na ekranie. Czy daje radę?

Film ma prostą i dość przewidywalną fabułę, jednak zdarzają się jeden lub dwa nieoczekiwane zwroty akcji, które odwracają całkowicie bieg historii. Akcja z początku jest nudnawa, później jednak się rozkręca. Ciekawa muzyka Badelt'a podwyższają ocenę filmu swoją oryginalnością. Ogólnie  film od strony technicznej nie ma nic do zarzucenia.

Sam Faubert jest postacią komiczną, która ciągle nas bawi. Świetna mimika twarzy i wygimnastykowane ciało Boona, tylko potęgują to uczucie. Tak jak i fobie owej postaci, która wszędzie widzi bakterie. Jest to przedstawione w lekko wynaturzony sposób i może nas irytować. Sama intryga, w którą wplątał się główny bohater jest zabawna i kompletnie nierzeczywista. Postać ta wyraźnie się zmienia podczas trwania filmu..., a może i nie? Ciekawe relacje natomiast figurują na linii doktor-pacjent czyli Boon-Merad. Ta para świetnie się uzupełnia ;). Inni aktorzy wypadają co najmniej dobrze.

Pomimo wielu zabawnych scen i ciągłemu komizmowi postaci film i tak ma wady. Wspominane już  wynaturzone sceny z hipochondrykiem to jeszcze nic. Produkcja zawiera masę humoru, który wcale nie jest błyskotliwy ani inteligentny. Często natomiast podczas oglądania filmu skłaniamy się do dziecinnego odruchu odwracania wzroku od ekranu. Śmiech to zdrowie, ale nic na siłę. To taki rodzaj głupkowatego humoru.

Film ma swoje wady i zalety. Jest to rodzaj kina, który albo się komuś spodoba, albo spisze produkcję na straty. Mamy tutaj komedię, romans i jeszcze film akcji, czasami jest trochę chaotycznie, jednak wszystko wydaje się do siebie pasować i nie razi nas tak w oczy. Film wypada dobrze i po wyjściu z seansu też tak się czujemy, jednak nie należy go porównywać do "Jeszcze dalej niż północ" gdyż by się to mijało z celem.


Akcja "Świata bez końca" zaczyna się 200 lat po wydarzeniach z "Filarów Ziemi", w roku 1327. Na tle barwnej panoramy średniowiecza, w okresie wielkich przemian i dziesiątkującej społeczeństwo zarazy, toczy się epicka opowieść o walce o władzę, pieniądze i wpływy. O tajemnicach i zbrodniach, o nauce burzącej fundamenty wiary. Historia, w której ludzkie emocje - miłość, nienawiść, pragnienie zemsty - odgrywają wiodącą rolę.


oryginalny tytuł: World Without End
gatunek: Dramat, historyczny, Romans
kraje: Kanada, Niemcy, Wielka Brytania
na podstawie: "Świat bez końca" - powieść Kena Follet'a
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 8
sezonów: 1
muzyka: Mychael Danna
zdjęcia: Denis Crossan
produkcja: REELZ TV
ocena: 8,5/10
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)






Z serialem zetknąłem się dzięki TVP1, które to emitowało serial na swojej antenie około stycznia 2014 roku. Co piątek więc zasiadałem przed telewizorem, aby oglądnąć kolejny epizod. Gdy serial się zaczął miałem do niego mieszane uczucia. Jednak, już pod koniec pierwszego odcinka moje uczucia co do mini serii się ustatkowały.



Naważyli grzybków


Produkcja ta jest określana "kontynuacją" "Filarów ziemi" z racji tego, że dzieje się 200 lat później, jednak nie zwracajcie na to uwagi. To tylko bezsensowny szczegół. Opowieść bazuje na wydanej w 2008 roku powieści napisanej przez Ken'a Follet'a. Tego samego, który stworzył "Filary ziemi". Nie mam pojęcia czy obraz przedstawia to, co napisał pan Follet, jednak produkcja jest w stanie sama siebie obronić.

Akcja dzieje się w miasteczku Kingsbridge w czasach średniowiecza. Akcja jest wartka i wcale nie zwalnia. Już od pierwszego odcinka zapoznajemy się prawie ze wszystkimi postaciami, oraz zostajemy wplątani w pierwszą intrygę. Napięcie zawsze jest budowane solidnie i z wyczuciem. Większość potyczek bohaterów świetnie obrazuje kulturę, zwyczaje jak i klimat średniowiecza, jako mrocznej epoki. Nie da się ukryć, że to prawda.

Wszystkie plenery i efekty specjalne są dopracowane na ostatni guzik i nie są w stanie kłuć nas w oczy. Aktorzy świetnie odgrywają swoje postacie. Mamy jeszcze dobrą muzykę Danna i wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji. Sceny bitewne nie są gorsze.

Jest to opowieść o skutkach dochodzenia, lub walczenia o władzę, która nigdy nie będzie mieć końca. Postacie mimo wielu przeszkód i tak są w stanie osiągnąć swój cel tylko po to, aby mieć władzę nad innymi i pokazać, że jest się lepszym. Konkluzja tej serii jest prosta: czasem należy kogoś po prostu  zabić, niż próbować powstrzymać jego występki, kiedy on i tak osiągnie cel nieważne jakim kosztem. Aż dziwne, ale nas ta śmierć cieszy.

Serial wypada rewelacyjne w stosunku co do innych produkcji. Kulminacja tylu wątków w tylko 8 odcinkach jest niesamowita. Do tego przedstawienie tego w taki ciekawy sposób jeszcze bardziej. Nie podejrzewałem, że przypadnie mi aż tak do gustu.
Cierpiąca na raka tarczycy Hazel za namową rodziców idzie na spotkanie grupy wsparcia. Poznaje tam nastoletniego Gusa, byłego koszykarza z amputowaną nogą.

gatunek: Dramat, Romans
produkcja: USA
reżyser: Josh Bonne
scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
czas: 2 godz. 5 min.
muzyka: Mike Mogis, Nate Walcott
zdjęcia: Ben Richardson
rok produkcji: 2014
budżet: 12 milionów $
ocena: 9,0/10













Opowiadając smutną historię...


Po wielu filmach o podobnej tematyce pojawia się ta opowieść. Na podstawie bestselleru oczywiście. Na pozór wydaje się podobna do innych, lecz okazuje się później, że kompletnie się różni od poprzedniczek. Jak to się stało? Przecież historia wydaje się podobna, bohaterowie jakoś też nam się kojarzą z tymi z innych produkcji. Zatem w czym ten film jest lepszy od innych?

Zaczynając od samej fabuły, a kończąc aż na samych plenerach. Opowieść jest na pozór prosta i wydaje się nie mieć w sobie niczego interesującego. A jednak sielankowy ton historii zostaje zachwiany i wszystko się nagle zmienia o 180o. Monotonne życie Hazel Grace zostaje przerwane tak jak i fabuła w filmie. Akcja jest sprawna i nie pozostawia nam chwili do namysłu na temat wydarzeń, które działy się przed chwilą. Jesteśmy zaciekawieni przygodą dwójki młodych ludzi i miło nam się ich ogląda. Narracja prowadzona przez główną bohaterkę idealnie się wpasowuje pomiędzy dialogi i inne sceny, przez co niewiele pustki pozostaje w filmie.

Naprawdę nie wiem dlaczego wiele dziewczyn dosłownie krytykuje Shailene Woodley (Hazel), która tak naprawdę jest gwiazdą tego filmu. W "Niezgodnej" nie wypadła źle, ale dopiero tutaj pokazała swoje zdolności aktorskie. Naprawdę powala swoją grą. Myślę, że to z zazdrości. Nigdy nie zrozumiem dziewczyn ;). Wracając jednak do tematu recenzji to na ekranie pojawia się też Ansel Elgort, który w "Niezgodnej" też grał. Przypadek? Nie sądze. W każdym razie dobrze zagrał i to tak naprawdę się liczy. Na zasługę zasługuje także Laura Dern (Park Jurajski), Sam Trammel (Czysta krew) czy chociażby Willem Dafoe (Spider – Man, Grand Budapest Hotel) pomimo tego, że jego postać nie jest dosyć pozytywna. Miłym zaskoczeniem jest także Lotte Verbeek (Rodzina Borgiów).

Ja o filmie mówię jako o typowym "wyciskaczu łez", gdyż można na nim płakać już od połowy do samego końca. Co ciekawe to nie z tragicznej atmosfery wiszącej nad młodymi ludźmi, ale z tego pogodnego nastroju opowieści. Mamy wiele żartów na temat chorób czy kalek, które wcale nie obrażają, ale nas bawią. To właśnie przez tę atmosferę film się wyróżnia. Przez większość czasu uśmiechamy się do ekranu, ponieważ sceny są tak zabawne jak i "miłe" dla oka, że można się tylko uśmiechnąć. Jest to celowy zabieg, który wcale nam nie przeszkadza. Pozwala natomiast być opowieści lekką i zwiewną, aby nie siadła nam długo na żołądku i abyśmy nie musieli przez nią chorować.

Film zawiera ciekawy wątek związany z książką Petera Van Houten'a, który połączył ze sobą losy dwóch przyjaciół. Jest ciekawy i dobrze zbudowany. Bez niego film już nie byłby taki sam. Sama fabuła wiele zawdzięcza temu, z początku dominującemu wątkowi. Przenosimy się jeszcze w piękne plenery Amsterdamu, które idealnie komponują się z atmosferą filmu. Wspaniale są też dobrane utwory wielu wykonawców.

Co ciekawe uważałem, że będzie to kolejny denny, wyciskający maksymalnie łzy film dla nastolatek. Pomyliłem się i to grubo. Mimo, że żadnej łzy nie uroniłem to i tak film okazał się dla mnie dużym zaskoczeniem. Na pozytywnie. Nie spodziewałem się takiego wysokiego progu po tym rodzaju kina. Film opowiada bez ogródek i odważnie, że mając nieuleczalną chorobę można normalnie żyć. Dlatego jak najbardziej ten film jest wart zobaczenia i mam nadzieję, że go nie ominiecie. Okay?




Ludzie myśleli, że dadzą sobie radę sami. Że Transformery nie są już potrzebne. To był błąd. Tylko z pomocą Transformerów mamy szansę pokonać nowego przeciwnika – groźniejszego, potężniejszego i bardziej niebezpiecznego niż wszystko, z czym dotąd mieliśmy do czynienia. Potrzebne są nowe metody i nowa ekipa.

gatunek: Akcja, Sci-Fi
produkcja: USA
reżyser: Michael Bey
scenariusz: Ehren Kruger
czas: 2 godz. 45 min.
muzyka: Steve Jablonsky
zdjęcia: Amir M. Mokri
rok produkcji: 2014
budżet: 210 milionów $
ocena: 2,0/10










Zagłada czy ekstaza?


Oto jest! Mimo obietnic Michael'a Bey'a, dotyczących końca jego "przygody" z serią "Transformers", reżyser nakręcił kolejny film o robotach z kosmosu. Nie ukrywajmy, iż byliśmy ciekawi co z tego wyjdzie. A co wyszło?

Akcja filmu rozgrywa się kilka lat po trójce. Jest reboot'em, ale zarazem kontynuacją starej serii, gdyż ma z nią namacalne powiązania. Dostajemy nowe plenery i nowe postacie. Rezygnacja ze starych, znanych nam już dobrze bohaterów poprzednich części jest już dostatecznym samobójstwem dla takiego filmu. Gdyby jeszcze nowe postacie były dobrze przedstawione to nie ma o co robić zachodu. Niestety tu jest kolejny problem. Gdy dowiedziałem się o czwartej części "Trans..." miałem tylko dwa odczucia co do niej. Albo to będzie ekstaza dla zmysłów i świetnie zrobiona produkcja, albo totalna zagłada przeprowadzona przez reżysera na ludziach w kinie. Moje obawy się potwierdziły.

Akcja filmu opornie się rozkręca, a kiedy już trwa w ogóle nas nie ciekawi! Nie ma w projekcji żadnego punktu zaczepienia, który choćby na chwilę przykuł by naszą uwagę maksymalnie. I tak przez trzy godziny! Oczywiście jako kino akcji, produkcja zawiera mnóstwo wybuchów. Wybuch na wybuchu, na wybuchu wybuch, a na tym wybuchu jeszcze jeden wybuch. I tyle! Jest ich tak dużo iż cała produkcja, aktorzy, roboty itp. giną w ich całej rozpiętości. Lubię eksplozje, ale w tym przypadku można dostać zgagi. Po prostu jest tego za dużo, a przesyt czymś nie jest dobry dla organizmu.

Fabuła prosta, wręcz banalna zataczająca lekkie koła o ambitniejsze sceny. Niestety nie jest ich wiele. Oprócz tego poznajemy trochę więcej informacji na temat samych "Transformersów" oraz materii z której są zrobione: "Transformium®" ;). Tutaj na scenę wchodzi KSI (fikcyjna firma Joshua'ego Joyce'a), która wnosi do filmu pewną świeżość i jedyny punkt zaczepienia, który może nas zainteresować.

Aktorstwo ciężko nawet skomentować, gdyż wypadło tragicznie. Nawet Mark Wahlberg w wielu scenach wychodzi po prostu niedorzecznie i nienaturalnie, szczególnie kiedy jest nadopiekuńczym ojcem. Nie wspominając już, o ciągle krzyczącej i niszczącej nasze błony bębenkowe Nicoli Peltz, której po prostu się nie da oglądać. Co ciekawe na polu aktorskim lepiej od tej dwójki wypada Jack Reynor. Niestety nieopisanym faworytem i aktorem, który kradnie dosłownie ekran mimo, iż nie występuje w całym filmie jest Stanley Tucci. Jego po prostu chce się ciągle widzieć przed oczami. Jego postać, mimo iż najpierw działająca na niekorzyść bohaterów zmienia się i daje nam wartościowy obraz. Po prostu świetna rola, wspaniałego aktora. Chińskie gwiazdy kina też wypadają nieźle. Oprócz tego mamy jeszcze autoboty, które według mnie zostały zhańbione przez reżysera. Prosiliście o zarysowanie wyraźnych cech charakteru robotom? No to macie autobota samuraja czy chociażby robota z wielkim brzuchem, brodą i ciągle fajczącym cygaro. To na ekranie wygląda po prostu komicznie. Także dinoboty o, które też prosiliście pojawiają się w filmie znikąd i są tylko po to aby wyglądało iż Bey spełnił wasze prośby.

Dostałem swoją odpowiedź. Ten film to zagłada, której naprawdę nie chciałem doświadczyć. Pomimo paru śmiesznych scen, rewelacyjnych efektów specjalnych i Stanley'a Tucci'ego, nie jestem w stanie dać temu filmowi więcej niż 2.0. Tyle za te dobre rzeczy. Mimo wielkiej tragedii jaką jest ten film i tak na 100% doczeka się kontynuacji. Ciekawe czy Michael Bay tym razem dotrzyma słowa i nie nakręci piątej części?


Celem geniusza komputerowego jest odkrycie sensu ludzkiej egzystencji. Jego praca zostaje przerwana przez wizytę ponętnej kobiety i nastolatka.

gatunek: Dramat, Fantasy
produkcja: USA, Wielka Brytania, Rumunia
reżyser: Terry Gilliam
scenariusz: Pat Rushin
czas: 1 godz. 47 min.
muzyka: George Fenton
zdjęcia: Nicola Pecorini
rok produkcji: 2013 (2014 - premiera w polsce)
budżet: 13,5 milionów $
ocena: 4,0/10














Udowadniając wszystko

Pomimo samego atutu filmu, jakim jest znany i ceniony reżyser (Terry Gilliam) to dzieło nie miało specjalnej siły przebicia. Raczej pojawiło się na ekranach kin nie wywołując wielkiego zainteresowania sobą. O ile "Parnassus" wzbudził ogólne zaciekawienie to w przypadku tego obrazu nie jesteśmy w stanie tego powiedzieć. Dlaczego do tego doszło?

Cóż. Ciężko powiedzieć w czym tkwi problem? Nie, bynajmniej! Największym i jedynym problemem tego dzieła jest sam scenariusz, który nijak przedstawia nam kolejne zdarzenia, które mają miejsce. Liczne nieścisłości wprowadzają nas często w zakłopotanie. Wybierając się na ten film wiedziałem, iż będzie on wymagał "wysiłku" umysłowego lecz jednak wszystko ma swoje granice rozsądku. Tutaj nie tyle co wysilamy się, aby wpaść na coś odkrywczego i zrozumieć sens fabuły co umieramy z ciekawości o czym jest ten film! Chcemy wiedzieć - jednak nawet i tego nie dostajemy.

Najpotężniejszym atutem filmu są aktorzy, których się wyśmienicie ogląda. Znakomity Waltz, ciekawska Thierry, zwariowany Hedges czy tajemniczy Damon. No tak, jest jeszcze dziwna Swinton. Każdy z nich wypełnił swoją rolę idealnie, czego nie można powiedzieć o samym reżyserze.

Z założenia i samego tytułu filmu dochodzimy do konkluzji, iż obraz ma nam coś udowodnić. Nic mylnego. Jedyne co udowadnia to, że czas spędzony w kinie poszedł na marne. Qohen Leth ma udowodnić, teorię powstania wszechświata. Nie łatwe zadanie, ale to właśnie sprowadza go do zwrotu w jego życiu, którego potrzebował. Skryty i nieśmiały dzięki pomocy otwiera się i ma nadzieję, iż to mu pomoże w rozwikłaniu tajemnicy. O tym powinien być ten film. Nawet próbuje opowiadać nam tę historię lecz ciągle wyrywają nas od niej próby udowodnienia czegoś z niczego.

Dzieło z pewnością miało wielkie aspiracje jednak skończyło się na totalnej klapie. Po wyjściu z seansu mówimy sobie, iż na pewno po paru dniach zrozumiemy o co w nim chodzi. Nie trudźcie się. Nie ma w nim niczego wartego tak długiej zadumy. O ile w "Parnassus'ie" był uwidoczniony przekaz o zmienności i film wart był głębszego przemyślenia to w tym przypadku jest to zbędne. Tytuł "Teoria niczego" sprawdziłby się tutaj o wiele lepiej. Reżyser próbując udowodnić wszystko nie udowodnił niczego. Oczywiście oprócz obijającego się ciągle o nasze uszy wyrażenia: "wszyscy jesteśmy tylko narzędziem". Wymęczone cztery za zarysy fabuły oraz aktorów.

A wy co sądzicie o "sensie życia według Terrego Gilliama"?