Snippet
Upadłe narody i miasta w ruinie to obraz Pustkowia, który w niejasny sposób został podzielony na siedem terytoriów zarządzanych przez rywalizujących że sobą baronów. Każdy Baron egzekwuje swoje dyktatorskie rządy za pomocą armii lojalnych i wyszkolonych wojowników zwanych Clipperami. Sunny jest jednym z nich – w sumie dokonał ponad 400 zabójstw, dzięki czemu zyskał miano wyjątkowo bezlitosnego zabójcy. Podczas jednego z ataków Sunny spotyka M.K, nastoletniego chłopca, który przeżył śmiertelną zasadzkę na polu walki. Sunny zaczyna wkrótce zdawać sobie sprawę z tego, że chłopiec ma niespotykany dar, a oprócz tego skrywa w sobie mroczne sekrety.

twórcy: Alfred Gough, Miles Millar
oryginalny tytuł: Into the Badlands
gatunek: Sztuki walki, Dramat
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 6
sezonów: 1
muzyka: David Shephard
zdjęcia: Shane Hurlbut
produkcja: AMC
średnia ocena: 7,6/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 18 lat (wg. KRRiT)







 
Świat bez zasad

Wyobraźcie sobie świat, w którym doszło do katastrofy. Ludzie posiadający rozmaitego kalibru bronie zaczęli walczyć przeciwko sobie co doprowadziło do ruiny cały znany nam świat. Wydawać by się mogło, że to koniec ludzkości, ale nagle z popiołów powstało siedmiu mężczyzn i kobiet, którym udało się zapanować nad chaosem. Nazwali się Baronami. Ludzie zwrócili się do nich z prośbą o ochronę, jednakże z czasem ochrona stał się poddaństwem. Tym sposobem zniewolono ludność do własnych celów. Baronowie zakazali broni palnej przez co jedyną możliwą formą pojedynku były sztuki walki. Baronowie rekrutowali sieroty, z których robili swoich oddanych wojowników, których zwali Klippersami. Jednakże nowy świat to nie sielanka. Zbudowany na krwi pokazuje, że nikt nie jest niewinny. Tak właśnie wyglądają Pustkowia. To właśnie Kraina Bezprawia.

Wydawać by się mogło, że widzieliśmy już na ekranach kin oraz telewizorów wszystkie możliwe rodzaje apokalips oraz przykładów nowych oraz "idealnych" światów, które ukazują nam całkiem inną rzeczywistość naszej planety jaka mogłaby powstać wskutek rozmaitych działań. Myśleliście, że nic was już nie zaskoczy. Jednakże twórcy "Krainy Bezprawia" pokazali nam, że zawsze można wymyślić coś czego jeszcze nie było. Albowiem taki właśnie jest świat w serialu stacji AMC. Nowy, świeży. Pełen oryginalnych pomysłów oraz ciekawych rozwiązań i możliwości. Wszystko to stoi przed nami otworem. Gotowe do odkrycia. Za ten wspaniały prezent podziękowania należą się Alfredowi Goughu i Milesowi Millarowi, którzy odpowiadają za świat wykreowany w ich produkcji telewizyjnej. Wykazali się niezwykłą pomysłowością i oryginalnością przy jego tworzeniu dzięki czemu jest tak intrygujący i tak ekscytujący. W natłoku podobnego rodzaju produkcji udało im się zachować całkiem świeże spojrzenie na tą intrygującą krainę, w której króluje śmierć, cała masa intryg oraz pokaźna liczba wyśmienitych pojedynków. Jesteście zaintrygowani? Dobrze, bo ta historia jest godna zachodu. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na sam wstęp produkcji telewizyjnej, który okazuje się rewelacyjnym elementem napędowym całego serialu. Epizod premierowy okazuje się genialnym połączeniem tego co w serii najlepsze. Akcja, intryga, tajemnica oraz sztuki walki. Wszystko to idealnie ze sobą połączone sprawia, że opowieść startuje z przytupem i bez problemu jest w stanie zachęcić nas by sięgnąć po więcej. Niestety, albo stety historia składa się zaledwie z sześciu odcinków. Niestety, albowiem kraina ukazana w serialu jest tak intrygująca, że chcemy w niej trwać znacznie dłużej, a stety, dlatego, że opowieść nie zawsze ukazuje nam swoje dobre oblicze. Zacznijmy jednak omawianie od samego początku. Wspomniałem już świetny wstęp, który daje nam potężnego kopa i sprawia, że bez zawahania sięgniemy po kolejne epizody. Ale co dalej? Otóż serial po świetnym starcie w dalszej części nieco siada na laurach. Produkcja zdecydowanie traci na werwie oraz lekkości, którą można było wcześniej z nią utożsamić. Akcja obrazu również zwalnia przez co wydarzenia ekranowe nie pędzą już w tak szaleńczym tempie jak na początku. Historia również prezentuje się nieco gorzej i nie jest tak wciągająca jak wcześniej. Jednakże nie odczytajcie moich uwag w zły sposób. Wymieniłem bolączki z jakimi mierzy się seria, ale nie oznacza, to że produkcja jest zła. Wręcz przeciwnie. Prezentuje się naprawdę dobrze tylko zdarza jej się mieć lepsze i gorsze momenty. Ogólnie rzecz biorąc fabuła serialu prezentuje się w całkiem ciekawy i absorbujący sposób. Wydarzenia ekranowe są na tyle intrygujące oraz wystarczająco wciągające by bez problemu zatrzymać nas przed ekranem telewizora na te sześć godzin. Akcja produkcji choć nie pędzi jak szalona, to jednak jest całkiem wartka dzięki czemu potrafi bez większego wysiłku poprowadzić fabułę produkcji. Nic nie dzieje się na siłę. To samo tyczy się pierwszoplanowej intrygi serialu, która koncentruje się wokół dwójki głównych bohaterów, którzy zdają się wyróżniać spośród całej reszty. Są to Sunny i M.K.. Obydwaj mają inne tajemnice, zalety oraz wady, ale jak się prędko okaże łączy ich jedna rzecz. Wspólne przeznaczenie. Intryga skupiająca się na perypetiach owych bohaterów jest niezwykle ciekawa, intrygująca i pełna niespodziewanych zwrotów akcji. Nigdy nie możemy być pewni intencji żadnej z postaci, albowiem każda z nich dba tylko o siebie i nie zdradza ani nam ani sobie nawzajem swoich zamiarów. Wszystko to sprowadza się do wielu ciekawych i niespodziewanych zwrotów fabularnych, które świetnie napędzają akcję oraz wprowadzają odrobinę zamieszania do fabuły. Wątek główny jest również bardzo szczegółowy, dobrze skonstruowany oraz niezwykle tajemniczy dzięki czemu potrafi być tak urzekający już od pierwszej sceny. Jednakże nigdy nie wiadomo co przyniesie nam kolejna scena ani kolejny odcinek. Wiele rzeczy jest dla nas tajemnicą i to chyba jest jeden z najmocniejszych punktów produkcji. Możliwość odkrywania nowych rzeczy razem z naszymi bohaterami, albowiem w pojedynkę nie jest to takie łatwe.

Pod względem postaci serial również prezentuje się dobrze. W produkcji napotkamy się na całą masę rozmaitych charakterów, z których prawie każdy jest wyjątkowy i godny uwagi. Nasi bohaterowie to w większości niestrudzeni i waleczni wojownicy, którzy niczego się nie boją oraz są gotowi oddać życie za swojego pana. Jednakże inaczej jest z dwójką głównych bohaterów, którzy zdecydowanie różnią się od całej reszty. Obydwaj czują, że nie należą do tego świata i że są w stanie osiągnąć coś więcej niż być poddanym swojego Barona. Pożądają tego co zakazane, niedostępne bądź poza zasięgiem. Są niczym wyjątkowe jednostki wśród całej reszty. W tych rolach świetnie prezentują się Daniel Wu jako Sonny oraz Aramis Knight jako M.K.. Oprócz nich na ekranie często gościmy: przepiękną i bardzo niebezpieczną Emily Beecham jako Wdowę, Martona Csokasa jako Barona Quinna, Olivera Starka jako kaciałowatego Rydera, Sarah Bolger jako córkę Wdowy - Jade, Orlę Brady jako Lydię oraz Stephena Langa jako Walda. Pod względem aktorskim seria wypada bardzo dobrze.

Od strony technicznej produkcja prezentuje się wręcz wyśmienicie. Przede wszystkim mamy świetne efekty specjalne, energiczną muzykę oraz dynamiczne zdjęcia. Oprócz tego warto również zwrócić uwagę na świetną scenografię, ciekawe kostiumy oraz oryginalny klimat produkcji. Nie ukrywajmy jednak, że głównym atutem artystycznym produkcji są rewelacyjnie zaprojektowane potyczki bitewne. Nasi bohaterowie z niebywałą gracją mnichów Shaolin? wykonują spektakularne i zapierające dech w piersiach walki, które ostatecznie okazują się znakiem firmowym serialu.

"Kraina Bezprawia" nie jest produkcją idealną. Seria z pewnością zalicza rewelacyjny wstęp, który niestety musi ustąpić nieco słabiej skonstruowanemu rozwinięciu. Akcja zwalnia, a wydarzenia ekranowe nie mają w sobie już takiej mocy jak na początku. Jednakże pomimo tego wszystkiego serial prezentuje się całkiem dobrze i jest w stanie nas zaintrygować. Przede wszystkim dobrze zbudowaną intrygą, tajemnicą, intrygującymi postaciami oraz widowiskowymi walkami. Niestety finał produkcji potrafi rozczarować, nawet gdy ukazano w nim niezwykle widowiskową scenę walki. Seria po prostu kończy się zostawiając nas z niczym. Choć pewne wątki oczywiście dobiegły końca to niestety ogólnie rzecz biorąc pierwszoplanowa intryga nadal pozostaje niemalże nietknięta, a tajemnica, którą kryła historia nadaj pozostaje dla nas jedną wielką niewiadomą. Wraz z końcem pierwszego sezonu dochodzimy również do wniosku, że twórcy nie tyle co nie wykorzystali potencjału opowieści, ale nawet nie zbliżyli się do jego odkrycia. Jest to duże rozczarowanie, albowiem produkcja ma wiele do zaoferowania. Może uda się to w kolejnym sezonie. Na razie jest dobrze, ale może być dużo lepiej.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Bociany przynoszą dzieci... A przynajmniej tak było kiedyś. Teraz bowiem zajmują się dostarczaniem przesyłek dla światowego giganta sprzedaży internetowej Cornerstore.com. Junior to najlepszy kurier w firmie, który na dodatek spodziewa się awansu. Przypadkowo jednak uruchamia Maszynę Produkującą Dzieci. W efekcie na świat zupełnie bezprawnie przychodzi śliczna dziewczynka. Junior nie ma wyjścia — musi podrzucić komuś ten kłopotliwy prezent, zanim szef się zorientuje. Wraz z Tulip, jedyną dziewczyną na Bocianiej Górze, wyrusza na pierwszą w życiu misję „narodziny”. Szalona podróż może sprawić, że powiększy się niejedna rodzina, a bociany odzyskają właściwą rolę w świecie.

gatunek: Animacja, Komedia
produkcja: USA,
reżyser: Nicholas Stoller, Doug Sweetland
scenariusz: Nicholas Stoller
czas: 1 godz. 27 min.
muzyka: Jeff Danna, Mychael Danna
zdjęcia: Simon Dunsdon
rok produkcji: 2016
budżet: 70 milionów $
ocena: 6,3/10







Skąd się biorą dzieci?

Zapewne każdy z nas przynajmniej raz w życiu usłyszał, że dzieci są przynoszone przez bociany. Czy to od rodziców, kolegów lub starszego rodzeństwa. Owa  historyjka jest szczególnie popularna wśród rodziców niezwykle ciekawskich dzieci. Wielu uważa, że małe dziecko nie powinno wiedzieć na razie wiele na ten temat dlatego właśnie tak postanawiają zamknąć dyskusję. Oczywiście jest to rozwiązanie tymczasowe, albowiem prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw, że bociany nie mają nic wspólnego z dziećmi. Jednakże twórcy najnowszej animacji studia Warner Bros są innego zdania i prezentują nam pełną przygód historię o bocianim żywocie.

"Bociany" opowiadają historię Juniora (bociana) i Tulip (ludzkiej dziewczyny), którzy przez przypadek uruchomili nie używaną od lat maszynę do tworzenia dzieci. Aby uniknąć skandalu postanawiają po kryjomu dostarczyć przesyłkę do zleceniodawcy i zapomnieć o sprawie. Jednakże jak się okazuje zadanie to nie jest łatwe... Produkcja w bardzo zgrabnym wstępie ukazuje nam jak to bociany z doręczycieli dzieci przebranżowiły swoje usługi na doręczanie paczek z przedmiotami elektronicznymi. Według animacji od czasu kiedy ludzie "wynaleźli" poród i ciążę ich usługi stały się zbędne, co pozwoliło im zająć się łatwiejszym i przyjemniejszym zajęciem. Wszystkie te niezwykle drobiazgowo przemyślane szczegóły ukazują wyczerpujące odpowiedzi na pytania odnoście tego co spowodowało, że bociany nie roznoszą już dzieci. Animacja już z samego początku stara się być jak najbardziej szczera i prawdziwa jak to tylko możliwe. Twórcy niczego nie udają, ani nie próbują udowodnić, jednakże pozostawiają sobie otwartą furtkę, która pozwala im w dość przyzwoity sposób opowiedzieć o tytułowych bocianach. Fabuła produkcji prezentuje się całkiem dobrze. Ma wiele ciekawych i wciągających momentów, które bez problemu potrafią nas zaintrygować i sprawić, że z chęcią rozłożymy się w kinowym fotelu. Wydarzenia ekranowe są przepełnione pędzącą akcją, zwariowanymi wydarzeniami oraz całą masą humoru, który potrafi rozbawić do łez. Animacja posiada również dobrą, aczkolwiek bardzo podręcznikową budowę, która dostarcza nam odpowiedniej ilości dramatu, akcji, humoru, radości oraz smutku. Oglądając bajkę nie da się nie zauważyć, że jest stworzona na bazie sprawdzonego już wiele razy schematu, który gwarantuje przyzwoicie opowiedzianą historię, w której niczego nie brakuje. Niestety pomimo poprawnej budowy do animacji wkradła się odrobina nudy, która tworzy znaczne przerwy w opowiadanej historii. Oprócz tego wiele wydarzeń jest do przewidzenia przez co nie ma co liczyć na wiele elementów zaskoczenia. Na plus z pewnością należy zaliczyć dużą ilość postaci oraz wątków pobocznych, spośród których każdy znajdzie coś dla siebie.

Pod względem postaci animacja może pochwalić się niezwykle ciekawymi i niemalże niezależnymi bohaterami, którzy prędzej czy później bez problemu skradną nasze serca. Niezwykle istotna jest również przemiana głównego bohatera, który z korpo-bociana zamienia się wolnego bociana, który ma własne zdanie i nie jest na każde skinienie swojego szefa. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na postać Tulip, która została wychowana przez bociany. Natomiast postacie, które zaprezentowały się najlepiej pod względem komediowym to wataha wilków, pingwiny oraz gołąb Lizus.

Od strony technicznej bajka również prezentuje się świetnie. Przede wszystkim mamy bardzo ładne i żywe kolory, piękne animacje oraz urokliwą muzykę. Na plus zdecydowanie należy zaliczyć również polski dubbing. Natomiast jeśli chodzi o kategorię wiekową to mam z tym zagadnieniem duży problem. Albowiem podczas oglądania animacji można natrafić się na wiele ciętych komentarzy, uszczypliwych uwag oraz zbyt dosadnego przekazu co ostatecznie sprawia, że bajka nie nadaje się dla małych dzieci. Jest w niej zbyt wiele odnośników do świata dorosłych oraz mrugnięć do pełnoletniego widza, które dla dzieci okażą się niezrozumiałe. To samo tyczy się niekonwencjonalnego jak na bajkę humoru, który po raz kolejny jest skierowany raczej dla dorosłych widzów.

Niemniej jednak "Bociany" to całkiem udana animacja. Przede wszystkim mamy ciekawy pomysł, sprawną realizację oraz przyjemny i bezproblemowy odbiór. Sama opowieść choć nie zawsze intryguje i wciąga, to jednak potrafi zapewnić nam rozrywkę na te półtorej godziny i sprawić, że zapomnimy o zewnętrznym świecie. Niestety animacja nie nadaje się dla najmłodszych, albowiem zbyt wiele w niej nawiązań do świata dorosłych, których dzieci nie zrozumieją i nie powinny na razie starać się zrozumieć. Sytuacja ma się tak samo z humorem, który również skierowany jest przeważnie do dorosłego widza. Koniec końców animacja od Warner Bros to przyzwoity kawałek kina, ale nie na tyle dobry by na długo zapadł w pamięć.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.
 
Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. Z pomocą młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza szpital i przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego… Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem? 

gatunek: Akcja, Thriller
produkcja: USA,
reżyser: Ron Howard
scenariusz: David Koepp
czas: 2 godz. 1 min.
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Salvatore Totino
rok produkcji: 2016
budżet: 75 milionów $
ocena: 5,8/10







 
Piekło zbawieniem ludzkości

Wszyscy lubimy zagadki. Najlepsze są te najbardziej skomplikowane, które wymagają tęgiego umysłu by je rozwiązać. Jednakże w rozwiązywaniu tych zagadek najważniejsza nie jest satysfakcja, a nagroda. No bo po co rozwiązywać tajemnice skrywane od wieków wyłącznie dla satysfakcji? Na końcu zawsze musi być jakiś "skarb", który wynagrodzi nasz trud włożony w znalezienie go. Tak było w "Skarbie narodów", który okazał się niezaprzeczalnym hitem i doczekał się nawet kontynuacji. Podobnie sprawa miała się z "Kodem Da Vinci", który pomimo kontrowersyjnej tematyki zgarną pokaźną sumę w box-office. Były jeszcze "Anioły i demony", które godnie przejęły pałeczkę po swoim poprzedniku. Jednakże jak widać formuła rozwiązywania zagadek, które prowadzą nas do konkretnego miejsca jeszcze się nie znudziła, albowiem na ekranach kin mamy możliwość oglądać kolejną odsłonę przygód niezrównanego profesora Langdona. Jednakże czy jego powrót był konieczny?

Dan Brown to jeden z najpopularniejszy oraz najbardziej kontrowersyjnych pisarzy XXI wieku. Wystarczyło by napisał jedną powieść, aby zwrócić przeciwko sobie cały Kościół katolicki oraz miliony ludzi nie zgadzających się z jego tezami postawionymi w książce. Choć przygody profesora Langdona to fikcja, niemniej jednak wywołują u wielu bardzo skrajne emocje. Nie wiadomo czy takie były intencje pisarza, jednakże jedno jest pewne, że owa nagonka jedynie przysporzyła popularności Brownie oraz jego twórczości. Jego najnowsze dziecko zostało już zekranizowane i można je obejrzeć na ekranach naszych kin. Jednakże czy ta zagadka jest godna rozwiązania? Robert Langdon światowej sławy znawca symboli religijnych budzi się w szpitalu z urazem głowy. Nie wie gdzie jest, ani jak się tu znalazł. Szybko wychodzi na jaw, że Langdon stał się przedmiotem obławy z powodu tajemniczej rzeczy, którą znalazł w swojej marynarce. Obiekt ten sprowadza na profesora masę kłopotów przez co zmuszony jest do wyruszenia w jedną z najniebezpieczniejszych wypraw. Jej celem jest ratunek ludzkości. Czy podoła temu arcytrudnemu zadaniu? Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie musi paść w tej recenzji, albowiem każdy z nas zna ją doskonale. To co nas intryguje to cała reszta. "Inferno" zalicza bardzo dobry i niezwykle energiczny start. Reżyser dosłownie "wrzuca" nas niemalże w sam środek akcji i sprawia, że opowieść zaczyna się z przytupem. Pierwsze sceny ukazują nam energiczny i pełen dynamizmu pościg, który kończy się efektownym i zaskakującym finiszem. Sekundę później nawet bez chwili zastanowienia przenosimy się się do szpitala, w którym zastajemy rannego profesora Langdona. Jednakże akcja produkcji wcale nie zwalnia. Reżyser nie dając nam nawet sekundy na odpoczynek aranżuje kolejną ucieczkę. Tym razem ze szpitala. Wszystko to sprawia, że początek produkcji to niezwykle ciekawa i wartka sekwencja, która zdecydowanie zachęca by sięgnąć po więcej. Szkoda, że tym początkiem film Rona Howarda niemalże wyczerpał limit komplementów. Albowiem im bardziej zagłębiamy się w produkcję tym bardziej mamy ochotę przestać ją oglądać. Fabuła obrazu z ciekawej i wciągającej zamienia się w średnio intrygującą, mało absorbującą i niezbyt przekonującą gonitwę pomiędzy jednym miejscem a drugim w poszukiwaniu coraz zmyślniejszych wskazówek. Jej największym problemem jest scenariusz, który ukazuje nam liczne niedoskonałości w skonstruowanej opowieści. Przede wszystkim historia jest pełna dziur, które ujawniają nam się wraz z trwaniem produkcji. Na światło dzienne wychodzą również liczne niejasności, które ukazują nam, że historia została stworzona niezbyt dokładnie, albowiem ewidentnie widać, że momentami nie trzyma się kupy. Nie wiadomo wtedy czy brać historię na poważnie czy może traktować ją z przymrużeniem oka. Z jednej strony druga opcja wydaje się całkiem rozsądna, ale przy oglądaniu "Inferna" niestety się nie sprawdza, albowiem twórcy dosadnie dają nam do zrozumienia, że ich obraz należy traktować całkiem poważnie. Jest to jeden z poważniejszych błędów produkcji, który sprawia, że wiele scen rozgrywa się w aż nazbyt spiętej i podniosłej atmosferze, która odbiera filmowi cały urok. Z kolei pierwszoplanowa intryga to całkiem inna bajka. Wątek główny przede wszystkim cierpi na brak fundamentów, które by go znacząco osadziły w fabule "Inferna". Brak mocnej podpory sprawia, że cały wątek dotyczący "Piekła" Dantego wypada mało przekonująco, a niekiedy nawet śmiesznie. Pan Langdon pomimo utraty pamięci i zdolności nazywania najprostszych rzeczy, bez problemu przypomina sobie najbardziej skomplikowane zagadnienia z dziedziny symboliki i z prędkością światła odnajduje kolejne poszlaki układanki. Choć tak jak w "Aniołach i demonach" goni go czas, to jednak tym razem zdaje się działać na jakimś autopilocie, albowiem w jego działaniach widać ewidentny brak zaangażowania. Skomplikowane zagadki rozwiązuje jakby od niechcenia przez co brak mu dawnej ikry. Akcja produkcji również pozostawia wiele do życzenia. Wydawać by się mogło, że jej wartka formuła zapewni nam świetną rozrywkę, a z tym niestety bywa różnie. Wszystko ponownie sprowadza się do słabego scenariusza, który skutecznie odpycha nas od opowieści kolejnymi niejasnościami. Ich nagromadzenie okazuje się zbyt przytłaczające co powoduje u nas zniechęcenie do obrazu. Nawet liczne zwroty akcji nie zawsze nas satysfakcjonują, albowiem są do przewidzenia bądź też są słabo zaakcentowane. Opowieści brak również lekkości i gracji, którą można było zauważyć w filmowym poprzedniku. Fabuła "Aniołów i demonów" dała prowadzić się sama, a ta w "Inferno" jest niekiedy wręcz ciągnięta na siłę. Wydarzenia ekranowe tworzone są sztucznie przez co brak im polotu, który odciążyłby całą produkcję. Innymi słowy adaptacja powieści Dana Browna pod względem fabularnym mocno rozczarowuje.

Jeśli chodzi o stronę aktorską to produkcja prezentuje się całkiem nieźle. Niestety znowu ma sobie wiele do zarzucenia. Przede wszystkim pod względem budowy postaci, albowiem ten element kuleje w "Inferno" najbardziej. Bohaterom brak jasnych motywów, a ich działania są słabo uzasadnione. Nie pomaga również postać z przeszłości profesora, która miała wnieść element romantyczny, albowiem wypada mało wiarygodnie. To samo tyczy się również większości postaci drugoplanowych, które niewiele mają udziału w produkcji, ale ich obecność jest kluczowa dla pierwszoplanowej intrygi. Jedna wielka sprzeczność. Natomiast jeśli chodzi o aktorstwo to z tym jest już znacznie lepiej. Na pierwszym planie mamy oczywiście niezastąpionego Toma Hanksa, który wlewa w postać Roberta Langdona dużo gracji, lekkości oraz humoru co pozwala mu niekiedy rozluźniać atmosferę filmu. Niestety widać, że aktor jest nieco zmęczony tą postacią, albowiem w większości scen gra na niezbyt atrakcyjnym autopilocie. Jedną z najatrakcyjniejszych sylwetek jest doktor Sienna Brooks grana przez świetną Felicity Jones. Warto również zwrócić uwagę na Irrfana Khana czy Sidse Babett Knudsen, albowiem aktorzy ci zostali dobrani do sportretowania ciekawych charakterów, ale niestety nie dano im na to zbyt wiele czasu ekranowego. Pojawiają się jeszcze: Ben Foster, Omas Sy i Ana Ularu jednakże ich sylwetki stanowią jedynie dopełnienie całości.

Od strony technicznej produkcja prezentuje się bardzo dobrze. Zaczynając od dobrych efektów specjalnych, a kończąc na różnorodnym doborze lokacji. Niezwykle ważne dla opowieści są również dynamiczne ujęcia, które rewelacyjnie ukazują nam szaleńczą atmosferę filmu i są pewnego rodzaju namiastką emocji jakie powinien nam obraz dostarczyć. Oczywiście jest jeszcze muzyka Hansa Zimmera, która tym razem prezentuje się niezwykle miałko. Gdzieś tam zawsze pobrzękuje w tle, ale tak naprawdę brak jej charyzmy i zdecydowania przez co prezentuje się strasznie słabo.

"Inferno" zapowiadało się na jesienny hit, ale niestety wyszło całkowicie odwrotnie. Słaby scenariusz, niechlujne nakreślenie postaci oraz historia, która nie jest w stanie przekonać nas do siebie tak jak to miało miejsce przy poprzedniej części to spore minusy. Jedynymi plusami obrazu wydają się być: pędząca na zabój akcja (która niestety nie zawsze wciąga), emocjonujące zakończenie oraz jeden konkretny zwrot fabularny, który obraca opowieść o 180°. Nie zmienia to jednak faktu, że film Rona Howarda zawodzi na całej linii. Ale i tak okazuje się lepszy niż nudny i przydługawy "Kod Da Vinci". "Anioły i demony" natomiast nadal pozostają najlepszym obrazem z serii. Niestety taki obrót spraw nie powinien cieszyć reżysera, albowiem po filmie widać, że wszystko w nim było robione na szybko, niedokładnie i bez przekonania. I to tak naprawdę boli najbardziej.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

David, mimo swojego społecznego niedopasowania, stara się rzetelnie wykonywać pracę konwojenta. Dzień w dzień transportuje cudze miliony, marząc o własnej fortunie i o zdobyciu serca koleżanki z pracy. Fantazje stają się realne, gdy David i jego nowi znajomi proponują mu wyprowadzić grubą kasę z bankowego skarbca. Ich potencjał kryminalny jest bardzo niski, ale szturm kończy się niespodziewanym sukcesem. Od pełni szczęścia dzielą ich teraz tysiące policjantów i agentów federalnych, więc najtrudniejsze jeszcze przed nimi. Czy świeżo upieczeni milionerzy będą równie skuteczni w zacieraniu śladów, co w rabowaniu banków? 

gatunek: Akcja, Komedia kryminalna
produkcja: USA,
reżyser: Jared Hess
scenariusz: Chris Bowman, Hubbel Palmer, Emily Spivey
czas: 1 godz. 34 min.
muzyka: Geoff Zanelli
zdjęcia: Erik Wilson
rok produkcji: 2016
budżet: 25 milionów $
ocena: 6,0/10





 
"Geniusze" zbrodni

Ile to już razy mogliśmy oglądać na ekranach kin czy telewizorów brawurowo zaplanowane  przekręty, skoki na banki czy perfekcyjne rabunki? Tak gdzieś z milion. Co ciekawe ich budowa jest bardzo podobna. Zawsze zaczyna się od tak zwanego "mózgu", który obmyśla cały plan, a następnie rekrutuje całą masę ludzi o odmiennych i bardzo skomplikowanych umiejętnościach co pozwala całej grupie dokonać zbrodni doskonałej. Na sam koniec udaje im się wszystkim uciec i cieszyć się zemstą, przechytrzeniem policji albo upokorzeniem osoby, która próbowała ich wykiwać. Jednakże większość tych opowieści to fikcja. Co powiecie w takim razie na historię, która zdarzyła się naprawdę i opowiada o jednym z największych rabunków w historii ameryki? Zaintrygowani?

W październiku 1997 roku doszło do rabunku ponad 17 milionów dolarów z depozytu spółki Loomis Fargo, która zajmowała się przewozem dużych sum pieniędzy. Podejrzenie spadło na Davida Ghantta, który jest główną postacią filmu "Asy bez kasy". W bardzo ciekawym wstępie mamy ukazanych pierwszoplanowych bohaterów, którzy odpowiadają za zorganizowanie napadu. Poznajemy ich życie oraz motywy, które nimi kierowały gdy decydowali się na popełnienie tak poważnego przestępstwa. Dzięki sprawnemu początkowi produkcji udaje się nas zaintrygować wydarzeniami ekranowymi dzięki czemu z niecierpliwością czekamy na wykonanie słynnego skoku przez nasze postaci. Co ciekawe nie musimy na to długo czekać, albowiem reżyser również jak najszybciej pragnie przejść do wydarzeń, które przyspieszą bieg jego produkcji. Mamy więc rabunek oraz jego konsekwencje. Jednakże w przeciwieństwie do większości obrazów tego typu "Asy bez kasy" to istna komedia pomyłek. Aż ciężko uwierzyć, że grupa tak niezorganizowanych i mało zaradnych osób była w stanie dokonać tego soku. Doprawdy niemożliwe jest, że udało im się w ogóle ten skok przeprowadzić. Jednakże mówiąc szczerze to dopiero początek. Tak naprawdę cała opowieść jest niczym jedna wielka pomyłka, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Zaczynając od samego motywu, poprzez plan rabunku jak i jego wykonanie. Wszystko jest tak nieprawdopodobne, że aż ciężko uwierzyć, że zdarzyło się to naprawdę. Ale jednak naszej niezwykłej zbieraninie udało się zrabować 17 milionów dolarów. Jak tego dokonali? Odpowiedź jest bardzo prosta. Mieli więcej szczęścia niż rozumu. Albowiem innego wytłumaczenia nie widzę. Niestety sama opowieść pomimo swojej szokującej formy nie zawsze jest w stanie nas w pełni zaangażować. Fabuła prezentuje się całkiem dobrze, aczkolwiek jej budowa jest bardzo chaotyczna, albowiem akcja produkcji lubi często skakać co sprawia, że film jest strasznie nierówny. Całe to zamieszanie powoduje, że niektóre fragmenty obrazu prezentują się znacznie lepiej niż pozostałe. Mają więcej werwy, lekkości bądź dobrego humoru, który gwarantuje dobrą zabawę. Niestety nie zawsze produkcja jest w stanie nam ich dostarczyć. Zdarzają się momenty zastoju, gdy akcja zdecydowanie zwalnia, a opowieść ma problem z ponownym wprowadzeniem nas w wątek główny. Wygląda to mniej więcej jak ciągłe gubienie się oraz odnajdywanie się z powrotem na dobrej drodze. Niemniej jednak oglądanie produkcji jest całkowicie bezbolesne. Obraz jest bardzo lekki dzięki czemu gwarantuje przyjemny i bezproblemowy odbiór, natomiast jego historia pomimo wielu niedoskonałości bez najmniejszych problemów jest w stanie przykuć naszą uwagę na półtorej godziny.

Produkcja posiada gwiazdorską obsadę, która świetnie prezentuje się na ekranie. Brawa przede wszystkim należą się Zachowi Galifianksowi, który rewelacyjnie prezentuje się na ekranie jako nieporadny David, któremu udało się zrabować 17 milionów dolarów. Jest to jedna z jego lepszych komediowych ról od postaci Alana z "Kac Vegas". Zaraz obok niego mamy Kristen Wiig, Owena Wilsona, Jasona Sudekisa i Kate McKinnon oraz Leslie Jones. Z całej tej zbieraniny najlepiej prezentuje się  Jason Sudekis jako psychopata morderca oraz Kate McKinnon jako nieco wycofana oraz niezrównoważona narzeczona głównego bohatera. Reszta wypada całkiem poprawnie. Humor prezentuje się na całkiem niezłym poziomie, ale film nie jest wypełniony nim po brzegi. Kolejnym jego minusem jest fakt, że większość "lepszych" scen zawarto już w zwiastunie przez co film jest pod tym względem mało zaskakujący. Także jeśli chcecie się na filmie dobrze bawić nie oglądajcie zwiastuna.

W większości produkcji filmowych rabunek to skrupulatnie zaplanowana intryga, która pokazuje nam jak bardzo sprytnym oraz poukładanym trzeba być, aby odnieść sukces. Natomiast w produkcji Jereda Hessa mamy ukazane całkowite przeciwieństwo owych działań, albowiem jego bohaterowie zaradność zastępują szczęściem, a skrupulatnie opracowany plan serią powodzeń lub wpadek. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych punktów produkcji. Szkoda, że fabuła nie zawsze jest w pełni angażująca i nie zawsze dostarcza nam pełnych mocji potyczek. Niemniej jednak jest pełna uroku oraz lekkości dzięki czemu gwarantuje nam bezproblemowy odbiór. Innymi słowy "Asy bez kasy" szału nie robią, co nie znaczy, że nie są w stanie nas zaintrygować. Głównie ze względu na kompletnie popieprzoną i nieprawdopodobną opowieść, która ma w sobie tyle sprzeczności i głupoty, że aż ciężko uwierzyć, że zdarzyła się naprawdę.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Akcja filmu "Wołyń" rozpoczyna się wiosną 1939 roku w małej wiosce zamieszkałej przez Ukraińców, Polaków i Żydów. Zosia Głowacka ma 17 lat i jest zakochana w swoim rówieśniku, Ukraińcu Petrze. Ojciec postanawia jednak wydać ją za bogatego polskiego gospodarza Macieja Skibę, wdowca z dwójką dzieci. Wkrótce wybucha wojna i dotychczasowe życie wioski odmienia najpierw okupacja sowiecka, a później niemiecki atak na ZSRR. Zosia staje się świadkiem, a następnie uczestniczką tragicznych wydarzeń wywołanych wzrastającą falą ukraińskiego nacjonalizmu. Kulminacja ataków nadchodzi latem 1943 roku. Pośród morza nienawiści Zosia próbuje ocalić siebie i swoje dzieci.


gatunek: Wojenny
produkcja: Polska
reżyser: Wojciech Smarzowski
scenariusz: Wojciech Smarzowski
czas: 2 godz. 30 min.
muzyka: Mikołaj Trzaska
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
rok produkcji: 2016
budżet: 
ocena: 7,5/10







 
Nienawiść z przyjaźni

Każdy z nas zapewne ma sąsiadów. Niezależnie od tego czy mieszkacie w bloku czy we własnym domu z pewnością macie przynajmniej jednego sąsiada niedaleko was. Powszechnie wiadomo, że relacje pomiędzy osobami zamieszkującymi wspólną okolicę powinny być pokojowe. Oczywiście nie zawsze udaje się utrzymać taki stan. Zapewne nie raz pokłóciliście się o coś ze swoim sąsiadem co przysporzyło wam masę nerwów. Ale nawet wtedy wiadomo, że długo tak nie pociągniecie. Porozumienie to jedyna sensowna opcja, która gwarantuje bezpieczeństwo i spokój. Być może tak jak mieszkańcy Wołynia utrzymujecie bardzo pokojowe i przyjazne stosunki z waszymi współmieszkańcami. Wyobraźcie sobie, że nagle osoby, które znacie i z którymi często rozmawialiście biegną na was z widłami, nożami i innymi niebezpiecznymi rzeczami, aby was zabić i pozbyć się ze swojego terytorium. Wyobraźcie sobie jak czulibyście się kiedy doszłoby do takiej kuriozalnej i wręcz nieprawdopodobnej sytuacji, która splamiła relacje polsko-ukraińskie na kartach historii.

Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego już na początku produkcji budził wielkie emocje. Reżyser zdecydował się ukazać nam dramatyczne wydarzenia z Wołynia gdzie w latach 1943-44 miało miejsce wielkie ludobójstwo. Chłopi podburzeni przez nacjonalistów ukraińskich wyszli przeciwko ludności polskiej i dokonali masakry na ludziach, z którymi żyli niegdyś w zgodzie. Takich rzeczy nie da się zapomnieć i takie czyny nigdy nie zostaną zapomniane. Jedną z form uświadamiania społeczeństwa odnośnie wydarzeń takich jak to jest kinematografia, która jest w stanie dotrzeć do wielu osób. Taki właśnie jest cel "Wołynia".

Nic nie zaczyna się z niczego. Zawsze jest jakaś iskra, która wznieca pożar czy decyzja, która niesie za sobą poważne konsekwencje. Ale skutków owych czynów nie sposób przewidzieć. Zawsze zaczyna się niewinnie, ale konsekwencje są zazwyczaj dużo bardziej przerażające niż można było początkowo przypuszczać. Tak właśnie zrodziła się nienawiść w ludności ukraińskiej do narodu polskiego, która swoje prawdziwe oblicze pokazała podczas makabrycznej rzezi. Ale jak mówiliśmy nic nie zaczyna się z niczego. Tak samo jest z "Wołyniem". Produkcja rozpoczyna się efektownie zorganizowanym weselem ludowym, które pokazuje piękno obyczajów naszych przodków i podkreśla jedność z narodem ukraińskim. Ale już wtedy zaczęto siać ziarno niezgody, które powoli, ale sukcesywnie zaczęło kiełkować i wprowadzać poruszenie wśród ludności wołyńskiej. Reżyser bardzo sprawnie wprowadza nas do fabuły filmu, koncentrując się na kilku postaciach, których losy będzie kontynuować w dalszej części obrazu. Idzie mu to nad wyraz gładko i bezproblemowo dzięki czemu rewelacyjnie przygotowuje grunt pod mające wkrótce nastąpić wydarzenia. Niestety później ma miejsce przeskok w czasie, który przenosi nas o pewien okres czasu wprzód. Jest to moment, w którym dobrze wypracowany wstęp ustępuje chaotycznym zdarzeniom, w którym ciężko odnaleźć się naszym postaciom. Na szczęście sytuacja zostaje w miarę sprawnie opanowana co pozwala nam ponownie wejść w ciekawy świat naszych postaci. Ale nie na długo. Po pewnym czasie fabuła z ciekawej i wciągającej zaczyna się robić nieco nudna, mało wciągająca i bardzo rozciągnięta przez co ciężko skupić się nam na wydarzeniach ekranowych. Akcja drastycznie zwalnia i prezentuje nam kolejne zdarzenia z życia bohaterki w znacznych odstępach czasowych. Niestety ale tym razem nie jest to już tak spójne i lekkie jak ostatnio. Historia zdecydowanie w niektórych momentach cierpi na brak pomysłu, albowiem nie ukazuje niemalże nic godnego uwagi. Jest to tak zwany syndrom "Miasta 44", który polega na szczątkowej fabule i nijakich bohaterach, których wrzuca się w wir akcji, aby pokazać wydarzenia historyczne z ich punktu widzenia. Całościowy koncept polega jedynie na właściwym ukazaniu prawd historycznych, a nie na losach postaci, które są w opowieści na siłę i nic do niej nie wnoszą. Oczywiście przypadek "Miasta 44" to szczególny wyjątek i broń boże nie porównuję go do filmu pana Smarzowskiego, aczkolwiek muszę przyznać, że syndrom ten niestety tyczy się również "Wołynia". Ale żeby było jasne odbywa się to na całkiem innych warunkach. Przeważnie wtedy gdy reżyser na siłę próbuje ukazać nam jakieś kluczowe zdarzenia, które były przyczyną ludobójstwa, ale nie mają one żadnego pokrycia z naszymi bohaterami. Widać wtedy ewidentnie, że na siłę są wepchnięci w centrum jakiegoś zajścia, aby oddać jego dramaturgię. I nie mówię tu o końcowych scenach filmu. Po prostu niekiedy fabuła ustępuje prawdom historycznym, które żeby zostać prawidłowo oddane bierą dla siebie cały ekran zostawiając wszystko inne w tyle. Z jednej strony wiadomo czemu tak się stało, ale zaś patrząc z innej perspektywy można by to lepiej ukazać. Tak czy siak "Wołyń" pomimo pewnych uproszczeń ukazuje nam przejmującą i pochłaniającą historię, która niezwykle intryguje, a zarazem przeraża.

Od strony aktorskiej "Wołyń" prezentuje się rewelacyjnie. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na główną bohaterkę – Zosię, którą na ekranie gra Michalina Łabacz. Wielkie brawa dla aktorki, albowiem to co pokazała jest naprawdę warte uwagi. Reszta obsady również prezentuje się wyśmienicie. Począwszy od Arkadiusza Jakubika poprzez Jacka Braciaka, Izabelę Kunę, Adriana Zarembę, Wasyla Wasylika aż po Wojciecha Zielińskiego. Jednakże w filmie oprócz Wasyla Wasylika występuje znacznie więcej ukraińskich aktorów, którzy również świetnie poradzili sobie na ekranie. Ogólnie rzecz biorąc obsada świetnie się spisała.

Pod względem technicznym produkcja również ma się czym pochwalić. Przede wszystkim posiada bardzo dobre efekty specjalne, niezwykle klimatyczną muzykę oraz dobre zdjęcia. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na rewelacyjne kostiumy oraz fenomenalną scenografię. Ważny jest również niezwykle przejmujący klimat obrazu, który może niejeden raz wywołać ciarki na skórze. Należy pamiętać również, że film jest niesłychanie brutalny, a w szczególności jego końcowe sceny dlatego stanowczo odradzam jego oglądanie wrażliwym osobom.

"Wołyń" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego to niezwykle ważny, przejmujący oraz pełen mocnych wrażeń film, który każdy powinien obejrzeć. Pokazuje, że wszystko ma swój początek oraz drastyczny koniec. Wyjaśnia, że całe zajście nie było zorganizowane z dnia na dzień, ale była to starannie przygotowana akcja, która powoli podburzała ukraińską ludność. Mamy wgląd na to jak odbywał się ten proces oraz jakie były jego skutki. Zarówno od strony polskiej jak i ukraińskiej. Niestety film nie jest w stanie obronić się jako samodzielna opowieść, w której mamy ukazane losy naszych bohaterów. Jednakże pomimo tego, że nie wszystko w fabule ze sobą gra tak jak należy to i tak "Wołyń" prezentuje się bardzo dobrze i zdecydowanie jest filmem godnym uwagi.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Rachel spędza dnie na fantazjach o pięknej parze mieszkającej w domu, który codziennie mija jadąc pociągiem. Pewnego ranka zobaczy tam coś, co wkrótce wywróci jej życie do góry nogami. Rachel będzie zmuszona zmierzyć się z makabryczną tajemnicą, której rozwiązanie może okazać się ponad jej siły.

gatunek: Thriller
produkcja: USA,
reżyser: Tate Talyor
scenariusz: Erin Cressida Wilson
czas: 1 godz. 52 min.
muzyka: Danny Elfman
zdjęcia: Charlotte Bruus Christensen
rok produkcji: 2016
budżet: 45 milionów $
ocena: 5,0/10










 
Prawda widziana zza szyby

Bardzo lubię pociągi. Jest w nich coś niezwykle intrygującego, a zarazem niezwykłego. Podróż pociągiem przypomina wielką wyprawę, która łączy w sobie przemierzanie długach dystansów wraz z nieodpartym uczuciem zmierzania w nieznane. Oprócz tego przemieszczając się owym środkiem transportu mamy możliwość przyglądania się z okna otaczającym nam rzeczom. Podziwiamy urokliwe pola, przepiękne widoki oraz przytorowe budynki. Wydawać by się mogło, że to jedynie krótki okres czasu, ale nawet wtedy jesteśmy w stanie dostrzec pojedyncze szczegóły. Szczegóły, które okażą się niezwykle istotne. A co gdybyście podróżując pociągiem zobaczyli coś czego nie powinniście zobaczyć? Coś co mogłoby na zawsze odmienić wasze życie?

Rachel tak jak ja bardzo lubi pociągi. Codziennie odbywa jedną i tą samą trasę pociągiem do pracy i z powrotem. Podczas podróży lubi obserwować przytorowe domy oraz ludzi w nich mieszkających. Swoją uwagę skupia w szczególności na pewnej parze, która jest ucieleśnieniem wszystkiego co straciła. Pewnego dnia Rachel dostrzega z pociągu coś bardzo niepokojącego. Wkrótce kobieta, którą kiedyś obserwowała zaginęła. Bohaterka postanawia pomóc policji w odnalezieniu zaginionej, ale bardzo szybko okazuje się, że cała sprawa jest dużo bardziej zagmatwana niż przypuszczała. Oprócz tego wychodzi na jaw, że Rachel jest kluczowym elementem w śledztwie. Zapowiedzi ekranizacji bestselleru Pauli Hawkins, który niczym świeże bułeczki znikał z półek księgarni, prezentowały się bardzo obiecująco. W końcu "Dziewczyna z pociągu" okazała się jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów roku. Jednakże czy warto było czekać na ekranizację? Bez ogródek powiem Wam, że nie. Po tej produkcji można było się spodziewać naprawdę wszystkiego. Od rewelacji aż po totalną klapę. Choć obraz nie jest kompletnym rozczarowaniem, to jednak zabrakło mu wielu czynników by nazywać się chodziarz niezłym. A wydawać by się mogło, że książka pani Hawkins to recepta na sukces. Niestety pozory lubią mylić szczególnie wtedy, gdy już sama powieść wywołuje tak skrajne wrażenia. Ale z początku film nie zapowiadał się wcale tak źle. Produkcja bardzo dobrze oraz całkiem żwawo wystartowała i w rewelacyjny sposób ukazała nam trzy główne bohaterki, wokół których będzie się toczyć cała fabuła. Wydarzenia były niezwykle intrygujące oraz bardzo absorbujące dzięki czemu reżyserowi świetnie udało się wprowadzić nas do głównego wątku produkcji. Choć niekiedy zdarzyło mu się co nieco przeciągnąć niepotrzebnie niektóre sceny to i tak można uznać wstęp za bardzo udany. Niestety to co się dzieje później nie ma już nic wspólnego z dobrym początkiem. Przede wszystkim kuleje fabuła, która ma bardzo duży problem z zaintrygowaniem nas ukazywanymi wydarzeniami oraz maksymalnym skupieniem naszej uwagi. Jest mało ciekawa, słabo opowiedziana oraz niezbyt absorbująca. Scenariusz ma problem z zaintrygowaniem nas ekranowymi potyczkami, albowiem w większości koncentruje się na tym co nie potrzeba, albo co jest mało ważne dla głównego wątku. Zbyt głęboko wchodzi w nieistotne szczegóły przez co nie starcza mu czasu na poprawne ukazanie nam tego co ważne i powinno być lepiej nakreślone. Właśnie dlatego środek produkcji prezentuje się właściwie najsłabiej z całego filmu, albowiem nie potrafi nas zainteresować tym co ukazuje. Wydarzenia ekranowe z minuty na minutę coraz mniej nas ciekawią, a całość staje się do tego stopnia rozwleczona, że kompletnie tracimy zainteresowanie oglądanym przez nas filmem. Akcja jest bardzo powolna, a kolejne sceny mijają jakby od niechcenia. Wszystko to sprowadza się do tego, że ciężko nam tak właściwie przebrnąć przez cały film. Jedynie pierwszoplanowa intryga ratuje produkcję od totalnej katastrofy. Gdyby nie ona obraz byłby na straconej pozycji. Albowiem tak naprawdę to ona podtrzymuje całą opowieść i ona jedyna sprawia, że mamy chęć dotrwać do napisów końcowych. Jest świetnie przemyślana oraz bardzo dobrze skonstruowana. Posiada wiele zaskakujących zwrotów akcji oraz kryje w sobie liczne niespodzianki dzięki czemu kreuje wiarygodny i interesujący wątek kryminalny, w którym ciężko przewidzieć dalsze wydarzenia oraz odgadnąć koniec całej opowieści. Niestety jego rozwodniona forma oraz nieciekawa otoczka sprawiły, że bardzo skutecznie zaginął wśród niepotrzebnego badziewia. Do myślenia daje również umieszczenie w fabule, aż trzech głównych bohaterek gdzie tak naprawdę tylko dwie są ważne, a trzecia jest niczym piąte koło u wozu. Choć jej obecność jest racjonalnie wytłuczona, to niestety nie wykorzystano jej potencjału przez co pląta się po ekranie niepotrzebnie zajmując czas ekranowy. Ostatecznie rzecz biorąc fabuła ma potencjał, który kompletnie pogrzebano nieciekawym scenariuszem oraz mało intrygującymi wydarzeniami, które zamiast nas przyciągać do ekranu to nas od niego odpychają.

Strona aktorska produkcji prezentuje się znacznie lepiej niż fabularna. Przede wszystkim bohaterowie, są całkiem dobrze zarysowani. A będąc szczerym przede wszystkim postać Rachel może pochwalić się wiarygodnie ukształtowaną psychiką, a zaraz za nią Megan, która jest drugą najważniejszą bohaterką produkcji. Scenarzysta jak i reżyser swoją uwagę skupiają głównie na Rachel i Megan dlatego nie poświęcają innym bohaterom swojego czasu. Nie ma co liczyć na pokaźny zestaw ciekawych sylwetek. Zresztą po filmie nie widać żeby twórcy byli zainteresowani kimś innym niż Rachel no i być może Megan. Wszystko to powoduje, że mamy postać rewelacyjnej Emily Blunt i długo długo nic. Aktorka świetnie poradziła sobie z zagraniem uzależnionej od alkoholu i rozbitej wewnętrznie postaci, która nie może otrząsnąć się z tragedii, która ją spotkała. Następnie mamy Haley Bennett jako tajemniczą Megan, która żyje w pozornie szczęśliwym i perfekcyjnym związku. Haley bardzo dobrze ukazała rozterki Megan jako pełnej wątpliwości i drastycznej przeszłości sylwetkę. Na ekranie pojawiają się również: poprawna Rebecca Ferguson, dobry Luke Evans, zaskakujący Justin Theroux oraz zadowalający Edgar Ramirez i Allison Janney. Doborowa obsada zdołała podnieść produkcję na duchu, ale nie zdołała jej uratować. Zresztą tak naprawdę tylko Elmily Blunt oraz Haley Bennet wybijają się ponad szereg. Reszta ginie w ich cieniach.

Pod względem technicznym film prezentuje się bardzo dobrze. Mamy dobre zdjęcia, ciekawą muzykę Dannyego Elfmana oraz świetny montaż. Wyróżnia się również rewelacyjna charakteryzacja oraz intrygujący klimat pełen tajemnicy oraz mroku.

"Dziewczyna z pociągu" to ekranizacja książki, która wywołała wśród czytelników skrajne emocje. Jednym się strasznie podobała, a inni byli rozczarowani jej prostotą oraz nudą. Film choć zapowiadał się bardzo dobrze wyszedł dość przeciętnie. Niestety, ale zabrakło w nim tego co najważniejsze czyli ciekawej i zajmującej fabuły, która sprawiłaby, że z przyjemnością śledzilibyśmy wydarzenia ekranowe. Całość jest strasznie rozciągnięta, nużąca i niezbyt ujmująca. Jedynie główna intryga potrafi się obronić konstrukcją oraz pomysłem, ale tak jak już wcześniej wspomniałem ginie z powodu mocnego rozwodnienia fabuły. Rozczarowujące okazuje się również zakończenie, które tak samo jak cała fabuła jest rozciągnięte do granic możliwości przy czym traci na dramaturgii i tajemnicy. Nie wspominając już o kuriozalnej scenie z otwieraczem, która wychodzi strasznie tandetnie (jak zobaczycie film to będziecie wiedzieć). To miał być hit, a wyszło jak wyszło.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Wywołująca dreszcz emocji i grozy opowieść o domu sierot na tajemniczej wyspie, zamieszkiwanej niegdyś przez równie tajemnicze dzieci. Szesnastoletni Jakub, którego dziadek był jednym z nich, przyjeżdża na wyspę, żeby za wszelką cenę odkryć przeszłość dziwnego, zniszczonego domu i jego małych mieszkańców.
   
gatunek: Fantasy, Przygodowy
produkcja: USA, Belgia, Wielka Brytania
reżyser: Tim Burton
scenariusz: Jane Goldman
czas: 2 godz. 7 min.
muzyka: Michael Higham, Matthew Margeson
zdjęcia: Bruno Delbonnel
rok produkcji: 2016
budżet: 110 milionów $
ocena: 8,2/10










 
Osobliwym być

Młodzież to jedna z największych grup docelowych na świecie. Wielu twórców jak i producentów kieruje swoje dzieła właśnie do młodych odbiorców, aby zaintrygować ich światem oraz wprowadzić do dorosłości. Wyróżnia się literaturę młodzieżową, filmy młodzieżowe, ale również gry przeznaczone specjalnie dla młodych. Jednakże bardzo szybko można pojąć, że tak naprawdę nie ma granic określających dane dzieła. Wiele z nich wykracza poza ustalone ramy i jest czymś więcej niż tworem przyporządkowanym do jednej kategorii. Tak właśnie jest z Timem Burtonem, któremu nie po raz pierwszy udaje się w fenomenalny sposób nagiąć przyjęte zasady. Widzieliśmy już to w niesamowitym "Charliem i fabryce czekolady" czy "Alicji w Krainie Czarów", gdzie ewidentnie łamano rozmaite konwencje dzięki czemu jego obrazy okazały się tak samo dobre dla dzieci (no może tych trochę większych) jak i dorosłych. Najnowszy projekt reżysera już z samego początku wydawał się idealnie pasować do jego mrocznego emploi. Jednakże czy twórca nadal jest w formie?

"Osobliwy dom Pani Peregrine" to powieść z 2011 roku napisana przez Ransoma Riggisa, który ukazał w niej niezwykle mroczny, tajemniczy, ale zarazem magiczny świat osobliwych dzieci. Bardzo szybko okazało się, że książka to międzynarodowy sukces, który dosłownie porwał czytelników (tych dużych i małych). Nie trzeba było długo czekać, aż któraś z wytwórni wykupi prawa do ekranizacji i rozpocznie produkcję. Tak to już jest z międzynarodowymi bestsellerami. Bohaterem powieści jak i filmu jest Jake, który postanawia odwiedzić stary sierociniec, w którym jego dziadek mieszkał za młodu. Dom ten prowadzony był przez tajemniczą panią Peregrine, która opiekował się dziećmi z niezwykłymi mocami. Zwano je osobliwymi. Podążając za wskazówkami Jake trafia na wyspę, o której słyszał z historyjek dziadka. Jednakże ku jego zdziwieniu opowieści okazują się prawdziwe... Takim oto sposobem wkraczamy w niezwykle intrygujący, pełen magii, niebezpieczeństwa oraz uroku świat, któremu ciężko się oprzeć. Wprawiony w boju Tim Burton dobrze wie jak ugryźć tę historię i opowiedzieć nam ją w odpowiedni sposób. Reżyser znany jest z mrocznego i nieco dziwnego klimatu swoich produkcji, które stały się wyznacznikiem jego twórczości. Jednakże tym razem sama książka jest już na swój sposób tajemnicza, inna i niezwykle ekscytująca. Co więc może zrobić z nią znany z odważnych i niecodziennych filmów reżyser? Ukazać nam całkiem nową wersję papierowego pierwowzoru! W istocie Tim Burton okazał się świetnym wyborem do zekranizowania niezwykle osobliwej książki. Jego mrok, niecodzienne pomysły oraz egzotyczne podejście do produkcji jest nietypowe, a zarazem bardzo pożądane. Reżyser bierze książkę jako bazę, a następnie przerabia ją na coś całkiem nowego i szalonego. Zwiastuny to jedynie niewielki jej przedsmak, które tak naprawdę niczego konkretnego nam nie pokazują. Natomiast całość okazuje się świetną przygodą.  Kluczowy okazuje się wstęp do historii, który w zaskakujący sposób potrafi nas zaintrygować oraz sprawić, że z zaciekawieniem będziemy śledzić poszukiwania osobliwego domu przez Jakea. Całość okraszona świetnie wpasowanymi retrospekcjami w iście nieziemski sposób wprowadza nas do głównego wątku produkcji. Fabuła obrazu jest niezwykle intrygująca oraz bardzo wciągająca dzięki czemu z wielkim entuzjazmem śledzimy losy naszego bohatera oraz jego nowych przyjaciół. Wchodząc do świata osobliwych czujemy się jakbyśmy przenieśli się do innego świata pełnego magii, niespodzianek oraz niesamowitego uroku, który zachwyca nas na każdym kroku. Do tego stopnia, że chcielibyśmy trwać w nim wiecznie. Jednakże twórcy jasno dają nam do zrozumienia, że nic nie jest takie kolorowe jak by nam się mogło wydawać. Również pełen niespodzianek świat osobliwych ma swoje mroczne i niebezpieczne strony, które nie pozwalają żyć innym w całkowitym spokoju. Reżyser pokazuje, że gdziekolwiek będziemy i kimkolwiek będziemy zawsze czekać na nas będą niebezpieczeństwa jak i ludzie gotowi nas skrzywdzić. Nic nie jest idealne, a więc czemu kraina osobliwych miałaby taka być? Burton w rewelacyjny sposób oprócz uroków domu pani Peregrine pokazuje nam również minusy mieszkania w nim i bycia osobliwym. Choć wydawać by się mogło, że to niemożliwe, to jednak nie można mieć wszystkiego. Jake bardzo pragnie zostać w świecie osobliwych tak długo jak może, natomiast niektórzy rezydenci sierocińca marzą o tym by wieść całkiem normalne i spokojne życie. Tymi zabiegami twórcy pokazują nam, że nie wszystko co wydaje się wspaniałe w istocie takie jest oraz, że bycie niezwykłym nie zawsze przysparza tyle radości ile moglibyśmy się spodziewać. Oczywiście jest jeszcze główny wątek produkcji skoncentrowany na Głucholcach pragnących dzieci pani Peregrine. Cała historia koncentrująca się wokół niego jest pełna wartkiej akcji, niespodziewanych zwrotów akcji oraz całej masy szalonych wydarzeń, które okazują się świetną rozrywką. Fabuła natomiast jest niezwykle urzekająca, pełna ciekawych i wciągających wydarzeń, które pozwalają nam się rozmarzyć i zapragnąć wejść do jednej z pętli czasowych, aby poznać osobliwe dzieci. Całość okraszona jest niesamowitymi zwrotami akcji oraz wartką akcją, która nie pozwala nam się nudzić. Innymi słowy dobra robota.

Pod względem aktorskim produkcja prezentuje się bardzo dobrze. Mamy bardzo ciekawie zarysowane postaci, które momentalnie urzekają nas swoim urokiem osobistym oraz charyzmą. Szczególnie osobliwe dzieci, których po prostu nie da się nie lubić. Każdy z nich prezentuje odmienną osobowość, która na swój sposób jest ujmująca. Na pierwszym planie mamy rewelacyjną Evę Green jaką panią Peregrine. Aktorka idealnie sprawdziła się w tej roli ukazując nam całkiem nowe oblicze aktorskie. Jej postać jest pełna witalności, werwy, krzepy oraz odpowiedniej dawki humoru jak i tajemnicy. Niekiedy czasem ukazuje nam swoje bardziej szalone oblicze, które jeszcze bardziej nas absorbuje.  Zaraz za nią mamy Asę Butterfly'a w roli Jakea. Aktor wypada całkiem dobrze na ekranie, aczkolwiek niekiedy brak mu charyzmy czy zdecydowania. Czasami mamy wrażenie, że jest nieco ospały, albo zacofany. Na szczęście potrafi również wykrztusić z siebie więcej niż jadą emocję dzięki czemu nie wypada tak źle. Nie należy zapominać o naszych przeuroczych dzieciach, które również świetnie wypadły na ekranie. Wśród nich są: Ella Purnell jako Emma, Finlay MacMillan jako Enoch, Lauren McCrostie jako Olive, Hayden Keeler-Stone jako Horacy, Georgia Pemberton jako Fiona, Milo Parker jako Hugh, Raffiella Chapman jako Clare i Pixie Davies jako Bronwyn. W roli głównego antagonisty mamy świetnego Samuela L. Jacksona. W obsadzie znaleźli się również: Chris O'Dowd, Judi Dench, Terence Stamp, Rupert Everret i Allison Janney.

Od strony technicznej obraz również prezentuje się rewelacyjnie. Mamy bardzo dobre zdjęcia, świetne efekty specjalne oraz klimatyczną muzykę, która uwaga nie jest Dannyego Elfmana, ale strasznie przypomina jego muzykę z "Charliego i fabryki czekolady". Nie wiem jak do tego doszło, ale chyba nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Oprócz tego warte uwagi są świetne kostiumy oraz charakteryzacja (osoba odpowiedzialna za włosy Evy Green zdecydowanie powinna dostać jakąś nagrodę). Oprócz tego bardzo ważny jest klimat pełen napięcia, mroku, tajemnicy i grozy, ale również magii, uroku oraz szczęścia. Niestety to film Burtona, a więc niech nie skusi was familijny zwiastun. Ten film taki nie jest. Ma w sobie również wiele drastycznych scen typowych dla reżysera, które raczej wchodzą w konwencję horroru niż filmu familijnego. Nie dajcie się zwieść i nie zabierajcie na niego małych dzieci bo nie dadzą wam spać z powodu potworów. Co ciekawe produkcja pomimo kilku drastycznych scen i swojego mroku jest zaskakująco pogodna w odbiorze oraz pełna humoru, który sprawia, że całość jest jeszcze lżejsza.

"Osobliwy dom Pani Peregrine" to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. Wszystko za sprawą ekranizacji bestselleru oraz znanego reżysera. Oczekiwania wobec produkcji były wysokie, ale zapewniam Was, że film bez problemu im sprostuje. Ma w sobie to co najlepsze z powieści oraz ze znanego emploi Burtona. Opowieść jest bardzo intrygująca, niesamowicie wciągająca oraz pełna magii, mroku, tajemnicy oraz niebywałego uroku. Nie zabraknie w niej również zaskakujących zwrotów akcji, wartkiej fabuły, dobrego aktorstwa, ciekawych postaci oraz świetnego wykończenia. Znaczące dla opowieści jest również zakończenie, które kończy całość w zaskakujący sposób. I nawet jeśli nie jest zbyt efektowne, to jednak kryje w sobie coś więcej. Pokazuje, że ważna jest praca zespołowa oraz wspieranie się nawzajem. Albowiem z tego płynie siła oraz odwaga.

Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami. 

Akcja filmu zaczyna się w 1977 roku, gdy Tomek Beksiński wprowadza się do swojego mieszkania. Jego rodzice mieszkają tuż obok, na tym samym osiedlu, przez co ich kontakty pozostają bardzo intensywne. Nadwrażliwa i niepokojąca osobowość Tomka powoduje, że matka – Zofia, wciąż martwi się o syna. W tym samym czasie Zdzisław Beksiński próbuje całkowicie poświęcić się sztuce. Po pierwszej nieudanej próbie samobójczej Tomka Zdzisław i Zofia muszą podjąć walkę nie tylko o syna, ale także o przywrócenie kontroli nad swoim życiem.

gatunek: Biograficzny
produkcja: Polska
reżyser:Jan P. Matuszyński
scenariusz: Robert Bolesto
czas: 2 godz. 4 min.
zdjęcia: Kacper Fertasz
rok produkcji: 2016
budżet: -
ocena: 9,2/10








 
"Zwyczajna" rodzina

Niewiele jest w Polsce filmów, na które czeka się z wytęsknieniem. Chociaż z roku na rok powstaje coraz więcej polskich produkcji i coraz większa ich część jest godna uwagi, to jednak nadal nie ma u nas zwyczaju wielkiego czekania na poszczególne obrazy. Efektem tego są słabe kampanie reklamujące, które są uruchamiane zbyt późno i nie docierają do potencjalnych widzów na czas. Jednym z wyjątków jest film pt: "Ostatnia rodzina", który może pochwalić się nico lepszą i wcześniej zaplanowaną kampanią reklamową. To pozwoliło na lepsze zapoznanie się z tematyką obrazu i wyzwoliło w wielu osobach wielką chęć zobaczenia go. Ale dlaczego o tym piszę? Albowiem nawet wybity film nie utrzyma się na rynku bez swojej widowni. A "Ostatnia rodzina" na taką zasługuje.

Zapewne każdy z nas słyszał kiedyś o Beksińskich. Nawet jeśli dobrze ich nie znał, nie interesował się ich twórczością, ani nie urodził się w okresie ich największej ekspansji. Ktoś mógł słyszeć Tomka w radiu, inni zaś przeczytać o rodzinie książkę lub tak jak ja poznać pana Zdzisława Beksińskiego na lekcjach plastyki w szkole podczas omawiania jednej z jego prac umieszczonej w podręczniku. Już w wtedy urzekł mnie niezwykle karykaturalny i surrealistyczny świat jaki przedstawiał na swoich malowidłach. Teraz dzięki filmowi Jana P. Matuszyńskiego możemy jeszcze raz przenieść się w ten świat oglądając sagę rodu Beksińskich, którzy jako niezwykli ludzie męczyli się zamknięci w klatce normalnego życia. To zdecydowanie nie była zwykła rodzina... Mówiąc szczerze co według was określa normalność? Nudne, przewidywalne i nieskomplikowane życie czy pasmo niespodzianek oraz trudnych wyborów? Dla Beksińskich nic nie było łatwe, ani przewidywalne. Ich życiorys to niesamowity kalejdoskop wzlotów i upadków oraz momentów szczęścia jak i nieszczęścia, które były nieodzowną częścią ich życia. Ale dla nich to była normalność co sprowadza się do konkluzji, że owe normy wyznaczamy my sami i nie da się określić jednej stałej dla wszystkich. Fabuła obrazu Jana P. Matuszyńskiego koncentruje się na 45-letniej przestrzeni z życia Beksińskich ukazując kluczowe wydarzenia ich z życia. Nie jest to więc film ukazujący nam jeden wątek z życia, ale pokazujący nam ich całą masę, abyśmy mogli w pełni poznać wyjątkowość owej rodziny. Kluczem do całej historii okazuje się rewelacyjny scenariusz, który odsłania nam niesamowite kulisy życia naszych bohaterów. Skrypt jest niezwykle drobiazgowy, bardzo szczegółowy i dobrze pomyślany. To właśnie dzięki niemu reżyser tak sprawnie operuje historią i tak pewnie czuje się w świecie Beksińskich. Chociaż opowieść posiada liczne skoki w czasie my ledwo zwracamy na nie uwagę dzięki niezwykle gładkim przejściom pomiędzy poszczególnymi okresami z życia członków rodziny. Całość jest tak świetnie zaprojektowana, że od samego początku aż do końca z niezwykłym zaciekawieniem przyglądamy się wydarzeniom z życia Beksińskich. Fabuła ukazuje nam niezwykle fascynujące, piekielnie intrygujące oraz zaskakująco wciągające losy tego rodu. Historia jest tak świetnie opowiedziana, że nie ma mowy, abyśmy wyszli z kina choćby na sekundę, albowiem wydarzenia ekranowe wręcz przykuwają nas do fotela kinowego i nie pozwalają odejść. Zaskakujące jest również to z jaką lekkością i gracją udało się reżyserowi ukazać nam całą opowieść. Życiorys Beksińskich to nie sielanka dlatego tym bardziej szokujący okazuje się odbiór obrazu. Pan Matuszyński świetnie wczuł się w klimat panujący w rodzinnym domu malarza dzięki czemu udało mu się ukazać nam niezwykle wyrafinowaną, dobrze przyswajalną, ale również niezwykle trudną historię, która uderza w czułe punkty dotyczące każdego z nas. Miłość, samotność, rodzina, szczęście, nieszczęście i kariera. Nasze postacie są do tego stopnia uniwersalne, że każdy może odnaleźć w nich cząstkę siebie. To zaskakujące, ale prawdziwe, albowiem rodzina Beksińskich sprawia wrażenie rodziny pierwszej,  kompletnej, a zarazem ostatniej. To rodzina, która równie dobrze mogłaby być archetypem bądź wzorem dla innych, albowiem i ród doświadczył wszystkiego. Zarazem szczęścia jak i nieszczęścia. Miłości oraz odtrącenia. Daru życia jak i tragicznej śmierci. Braku poszanowania życia ja i jego niekończących się plusów. No i oczywiście wielkiej sławy i kariery. Każdy z nas jest po części Beksińskim, albowiem ich uniwersalny życiorys wpisuje się w naszą egzystencję. Jedni mają szczęście inni zaś karierę. Koleni mają zaś nieszczęście, ale mają pieniądze. Są jeszcze tacy co mają miłość i rodzinę. Ale są również tacy, którzy nie mają niczego i są samotni. Beksińscy mieli to wszystko i nie wyszło im to na dobre. Być może chęć posiadania wszystkiego to spełnienie marzeń każdego z nas, ale wygląda na to, że moc dysponowania każdym z tych aspektów to nie szczęście, a raczej tragedia.

Zaraz po scenariuszu nieodzownym elementem produkcji są postacie, które tak naprawdę są sercem produkcji. Przede wszystkim są fenomenalnie nakreślone dzięki czemu dostajemy pełną analizę psychologiczną bohaterów i jesteśmy w stanie dogłębnie przyjrzeć się każdemu z nich po kolei. Albowiem każdy z osobna jest niezwykle fascynującą i pełną odmienności sylwetką, które przy zbiorowym zestawieniu prezentują sobą różnorodny kalejdoskop. Na pierwszym planie mamy oczywiście postać Zdzisława Beksińskiego, który ukazany jest jako człowiek bardzo mądry, rozważny, pełen pasji oraz wewnętrznej potrzeby dokumentowania swojego życia. Zaraz za nim mamy jego syna Tomasza, który jest niezrównoważony psychicznie, posiada stany lękowe i ma obsesję na punkcie śmierci. Później mamy Zofię Beksińską, wybrankę Zdzisława jako zaskakująco pogodną, spokojną, troskliwą i kochającą żonę i matkę. Poraża nas również jej wytrwałość, cierpliwość oraz zrozumienie dla wszystkich wybryków i pomysłów zarówno męża jak i syna. W tym niesamowitym trio mamy fenomenalnego Andrzeja Seweryna, równie zaskakującego Dawida Ogrodnika, aczkolwiek niekiedy może nam się zdawać, że jego gra jest zbyt karykaturalna oraz olśniewającą Aleksandrę Konieczną. W obsadzie pojawili się również Andrzej Chyra jako Piotr Dmochowski oraz Zofia Perczyńska i Danuta Nagórna.

Od strony technicznej produkcja również prezentuje się wyśmienicie. Mamy świetne zdjęcia, oszczędną muzykę, świetnie dobrane utwory muzyczne, genialne kostiumy oraz rewelacyjne efekty specjalne. Warto zwrócić uwagę również na wyjątkowy klimat, który sprawia, że całość ma niezwykłą moc oraz jest dogłębnie przeszywająca.

"Ostatnia rodzina" w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego to doprawdy niezwykłe dzieło. Dzięki bardzo drobiazgowemu i świetnie napisanemu scenariuszowi twórcom w
wielkim stylu udało opowiedzieć się niesamowicie przejmującą, piekielnie intrygującą oraz strasznie wciągającą opowieść, która z niezwykłą lekkością i gracją ukazuje nam losy rodu Beksińskich na przestrzeni 45 lat. Wypełniony niezliczonymi refleksjami na rozmaite tematy stanowi pewnego rodzaju wykład na temat życia. Jego plusów, ale także i minusów. Beksińscy doświadczyli wszystkiego być może dlatego z taką uwaga słucha się ich wywodów, które ku naszemu zdziwieniu pokrywają się z prawdą. Dodatkowo mamy perfekcyjnie zagrane oraz nakreślone postacie, a także perfekcyjne wykończenie. "Ostatnia rodzina" to coś więcej niż zwykły film o zwyczajnej rodzinie. To film o niesłychanie nadzwyczajnej rodzinie, która wybijała się ponad jakiekolwiek normy normalności. To film jakich mało i jakich nam brakowało.

Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Jessica Jones ma za sobą trudny okres w życiu. Aby o nim zapomnieć postanawia otworzyć własną prywatną agencję detektywistyczną, która pozwala jej robić to w czym jest najlepsza - byciu detektywem. Niestety to nie wystarcza. Bohaterka pogrąża swoje smutki w alkoholu przez co staje się gburowata i zamknięta na świat zewnętrzny. Jednakże to nie koniec jej problemów. Przeszłość naszej bohaterki niespodziewanie puka jej do drzwi i ponownie otwiera stare rany. Czy nasza bohaterka da radę przezwyciężyć jeszcze raz to samo?

twórca: Melissa Rosenberg
oryginalny tytuł: Jessica Jones
gatunek: Akcja, Dramat
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 13
sezonów: 1
muzyka: Sean Callery
zdjęcia: Manuel Billeter
produkcja: Netflix
średnia ocena: 9,2/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 18 lat (wg. KRRiT)







 
Twarda sztuka

Jeszcze nie tak dawno temu Marvel to były zaledwie komiksy o superbohaterach. Jednakże ostatnie lata pokazały nam, wielką ekspansję giganta na rynek filmowy ze swoimi topowymi produkcjami o superbohaterach. A z początku nikt nie podejrzewał, że filmy na podstawie komiksów Marvela staną się tak popularne, że niemalże co roku będziemy gościć na ekranach nową opowieść spod szyldu wydawnictwa. Tak samo nie spodziewano się, że firma wejdzie ze swoimi produkcjami na rynek telewizyjny. Teraz natomiast można wręcz powiedzieć, że Marvel zdominował świat seriali. Widzieliśmy już "Agentów T.A.R.C.Z.Y." oraz "Daredevila", ale to dopiero początek. W planach studia jest jeszcze kilka propozycji, które dodatkowo poszerzają znany nam z produkcji filmowych świat. Kolejną z nich jest obraz o tytule "Jessica Jones".

"Jessica Jones" to kolejny po "Daredevilu" serial wyprodukowany przez internetową platformę Netflix. Produkcja opowiada o niezwykle charyzmatycznej bohaterce, która posiada nieludzkie zdolności. Niestety pewnego razu poprzez swoje moce Jessica została okrutnie wykorzystana przez tajemniczego mężczyznę o nazwisku Kilgrave. Jessice udało się uwolnić od mężczyzny, ale nie na długo. Kilgrave powrócił i jedyne czego pragnie to Jessica. Czy pani detektyw uda się pokonać przeszłość? Oczekiwania wobec serialu Melissy Rosenberg były spore aczkolwiek nikt nie spodziewał się, że owa produkcja będzie w stanie przebić mściciela z Hell's Kitchen. Po premierze okazało się, że "Daredevil" tak naprawdę nie umywa się do "Jessicy Jones". A więc w czym tkwi sukces serii? Przede wszystkim w niezwykle przemyślanej oraz rewelacyjnie opowiedzianej historii, która nie ma sobie równych. Aż trudno w to uwierzyć, ale w istocie twórczyni serialu przeszła samą siebie, albowiem nie spodziewałem się po produkcji takiej potężnej dawki fenomenalnej fabuły. Scenariusz produkcji jest niesłychanie drobiazgowy co pozwala mu niezwykle dogłębnie wchodzić w psychologię naszych bohaterów oraz w relacje, które się pomiędzy nimi tworzą. Już w pierwszym odcinku dostajemy całkiem pokaźną dawkę informacji, która pozwala nam zrozumieć wiele rzeczy oraz jest idealnym wstępem do dalszej opowieści. Intryguje nas niesłychany mrok, niepoprawna główna postać, tajemnica oraz dramat, które w rewelacyjny sposób zwiastują nadejście antagonisty. A to dopiero początek. "Jessica Jones" w przeciwieństwie do wielu innych seriali nie zwalnia ani na chwilę. Wraz z rozpoczęciem opowieści zostajemy wrzuceni w szalony świat naszej bohaterki, który nigdy nie stoi w miejscu. Potwierdzeniem tego są dalsze odcinki, które z niebywałą lekkością i niewzruszoną prędkością kontynuują wydarzenia z premierowego odcinka.  Fabuła produkcji to istna jada bez trzymanki, która zapewnia nam rozrywkę na najwyższym poziomie. Przede wszystkim jest niezwykle instygującą, pochłaniającą oraz zabójczo wartką opowieścią, która przyciąga nas niczym wielki magnes i nie pozwala nam się od niej oderwać. Albowiem wydarzenia ekranowe są tak ciekawe i tak wciągające, że nie ma mowy o nudzie w jakiejkolwiek postaci. Seria jest rewelacyjnie zaprojektowana dzięki czemu akcja produkcji cały czas pozostaje niemalże niewzruszona. Czyli niebywale wartka, pełna niesamowitych oraz zaskakujących zwrotów akcji, które niejeden raz namieszają w fabule obrazu. Ale to nie wszystko. Główny watek produkcji opowiadający o Jessice i Kilgravie to istny majstersztyk. Przede wszystkim jest rewelacyjnie skonstruowany oraz niebanalnie opowiedziany dzięki czemu potrafi maksymalnie skupić naszą uwagę. Jest nieobliczalny oraz pełen zaskakujących scen, które przyprawią nas o dreszcze. Ogólnie rzecz biorąc seria jest pełna niespodzianek, które potrafią dosłownie zwalić nas z nóg. Dzięki temu podczas oglądania produkcji nie możemy być o nic pewni, albowiem nigdy nie wiadomo co zrobią nasi bohaterowie oraz jak potoczą się ich losy. Jednakże oprócz pierwszoplanowej intrygi w serialu pojawia się również cała masa wątków pobocznych, które o dziwo prezentują się rewelacyjnie. I nie mówię tutaj o wybranych historiach, ale o wszystkich pojawiających się w serii. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale to najprawdziwsza prawda. Melissie Rosenberg udało się w tak fenomenalny sposób podzielić czas ekranowy pomiędzy wszystkich bohaterów, że była w stanie ukazać nam wyczerpujące losy wszystkich postaci nie umniejszając w serialu roli naszej Jessicy. Istny majstersztyk. Oprócz tego w serialu nie zabraknie również chwil refleksji, głębszych zadumań oraz licznych retrospekcji, które świetnie uzupełnią całą historię. Wszystko to powoduje, że "Jessica Jones" to prawdziwa bomba fabularna, nie pozostawiająca niczego przypadkowi. Wszystko jest w idealnym porządku i przedstawione tak jak zostało to zaplanowane. Zero improwizacji czy nieudanych pomysłów. Po prostu opowieść dopięta na ostatni guzik. Aż trudno uwierzyć, że twórczyni serii niegdyś tworzyła scenariusze do "Zmierzchu"...

Oprócz rewelacyjnego scenariusza produkcja może pochwalić się fenomenalnym aktorstwem. Nasi bohaterowie to bezbłędnie napisane oraz świetnie zagrane sylwetki, które bez problemu uda nam się polubić. Szczególnie główną bohaterkę, która nie przypomina herosów jakich znamy. To raczej osoba poturbowana przez los i po wielu przejściach dlatego też jest gburowata, opryskliwa i arogancka. Nie ma wielu przyjaciół, jest raczej zamknięta i nie chce nikogo poznawać. Jest uzależniona od alkoholu i nie przebiera w słowa. Innymi słowy twarda sztuka. Jednakże gdzieś tam w środku  posiada pokłady dobroci, współczucia oraz wyrozumiałości. Potrafi robić coś z myślą o innych oraz o dobru ogółu, aczkolwiek na swoich warunkach. W tej niezwykle rezolutnej roli mamy genialną Kristen Ritter, która ukazuje nam Jessice w całej swojej okazałości. Na ekranie często pojawiają się również: Rachael Taylor jako Trish Walker – jedyna przyjaciółka Jessicy, Carrie-Anne Moss jako Jeri Hogarth, Mike Colter jako Luke Cage, Eka Darville jako Malcolm Ducasse oraz Susie Abromeit jako Pam. Natomiast w roli głównego antagonisty serii mamy wybornego Davida Tennanta w roli tajemniczego oraz zabójczego Kilgravea. Doprawdy aktor przeszedł samego siebie i zaprezentował się nawet lepiej niż sama Ritter. Z kolei jego postać jest równe poturbowana przez los jak sama Jessica, jednakże jest dużo bardziej wypełniona goryczą do otaczającego ją świata co czyni ją niezwykle niebezpieczną.

Od strony technicznej serial również prezentuje się wyśmienicie. Mamy świetne i dynamiczne zdjęcia, ciekawą i klimatyczną muzykę oraz bardzo dobre efekty specjalne. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na wyjątkowy klimat produkcji.

Koniec końców "Jessica Jones" od Netflixa to rewelacyjny serial! Zaczynając od niezwykle szczegółowej, pełnej ciekawych i intrygujących zdarzeń fabuły, poprzez świetnie zagrane i nakreślone postacie, a kończąc na perfekcyjnym wykończeniu. Oprócz tego mamy w pakiecie całą masę niespodziewanych zwrotów akcji, dużo napięcia oraz dramatu. Nie zabraknie również tajemnic, grozy oraz brutalnych walk i krwawych potyczek. Całość okraszona jest jeszcze ciekawymi refleksjami głównej bohaterki, która wraz z trwaniem serii przechodzi znaczącą przemianę. Kluczowe dla opowieści jest również zakończenie, które jasno stawia sprawę głównej intrygi oraz ukazuje nam, że choć niekiedy wybór jest ciężki, a słuszny to nie należy się wahać.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.