Snippet
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Ritchie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Ritchie. Pokaż wszystkie posty
Odważna historia cwanego młodzieńca Artura, który większość czasu spędza w zaułkach Londonium wraz ze swoją ferajną, nieświadomy losu, jaki jest mu pisany. Wszystko zmienia się jednak, gdy dostaje w swoje ręce miecz Excalibur — a wraz z nim przyszłość. Porażony mocą Excalibura Artur staje przed trudnym wyborem. Dołącza do buntowników z Ruchu oporu i podąża za tajemniczą młodą Ginewrą. Uczy się władać mieczem, aby zmierzyć się ze swoimi demonami i zjednoczyć lud w walce z tyranem Vortigernem, który ukradł należną mu koronę i zamordował jego rodziców, po czym ogłosił się królem.

gatunek: Dramat, Przygodowy
produkcja: USA, Australia, Wielka Brytania
reżyseria: Guy Ritchie
scenariusz: Joby Harold, Guy Ritchie, Lionel Wigram
czas: 2 godz. 6 min. 
muzyka: Daniel Pemberton
zdjęcia: John Mathieson
rok produkcji: 2017
budżet: 175 milionów $
ocena: 6,7/10











Jak zostać królem


Guy Ritchie to jeden z najbardziej charakterystycznych reżyserów. Wystarczy, że zobaczymy kilka minut z jego najnowszego dzieła i wiemy, że obrazu tego nie mógł nakręcić nikt inny jak Brytyjczyk znany ze swojego specyficznego stylu prowadzenia opowieści. Znając jego przeszłość, można bez zastanowienia przyznać, że styl ten sprawdzał się w jego filmach fenomenalnie. Oprócz tego reżyser posiada niezwykłą zdolność do odświeżania tego, co już zakurzone. Wszyscy pamiętamy, co zrobił z postacią Sherlocka Holmesa, która w jego produkcji zdecydowanie różniła się od książkowego pierwowzoru. Świetny pomysł, który okazał się niesamowicie kasowym przedsięwzięciem. To samo można powiedzieć z o serialu "Kryptonim U.N.C.L.E.", który Ritchie przerobił na pełen uroku film o grupce agentów. Teraz na tapetę wziął coś jeszcze starszego, a mianowicie Legendy Arturiańskie. Czy i tym razem twórca odniesie sukces?

Artur jest sierotą, którego wychowały ulice Londinium. Podczas wielu lat spędzonych na ulicy wyrósł na typowego dzielnicowego osiłka, który jest zarówno stróżem prawa, jak i miejscowym "biznesmenem". I wiódł on by tak dalej swoje życie, gdyby nie natrafił na miecz zaklęty w kamieniu. Albowiem tylko on zdołał go wyciągnąć. W jednej chwili cała jego dotychczasowa egzystencja traci znaczenie. Teraz jest prawowitym królem Anglii, którego obowiązkiem jest dbać o lud. Jednakże z funkcją tą wiąże się odpowiedzialność, której Artur wolałby uniknąć. Czy zbierze w sobie siły, aby stawić czoła Vortigernowi i odzyskać swoje królestwo? Legendy o królu Arturze zna chyba każdy, a nawet jeśli nie to z pewnością gdzieś słyszał o okrągłym stole i jego rycerzach. To właśnie są Legendy Arturiańskie. Obecnie niezbyt obecne w popkulturze. Guy Ritchie i studio Warner Bros postanowili to zmienić i odświeżyć historię o legendarnym władcy Anglii tak jak to uczynili z "Sherlockiem Holmesem". Pomysł ciekawy i zdecydowanie godny uwagi. Jak natomiast z wykonaniem? Otóż produkcja o dziwo prezentuje się całkiem przystępnie pomimo niepochlebnych zagranicznych recenzji. Przede wszystkim reżyser dostarczył nam film, na jaki wszyscy czekali. Jego obraz jest pełen akcji, humoru i zawadiackiego klimat co jak już wcześniej wspominałem, jest znakiem towarowym twórcy. Te same motywy można spotkać w wielu innych jego produkcjach. Jednakże pomimo tego, że reżyser ciągle w swoich filmach je wykorzystuje, nie robi się ani trochę nudne. Ritchie ma bowiem ten dar, że każdą opowieść potrafi opowiedzieć w całkiem inny sposób. A więc nawet jeśli używa tych samych motywów, potrafi utkać z nich całkiem nową historię. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że się przy tym świetnie bawi. A skoro on się bawi to również i my. Niestety tym razem nie wszystko poszło po myśli reżysera. Jednakże na samym początku nie dano nam ku temu większych powodów. Sekwencja otwierająca produkcję to naprawdę ciekawa i widowiskowa scena, która potrafi nam wiele rzeczy wyjaśnić. Jest wartkie tempo, napięcie i mrok. Doprawdy niewiele nam trzeba, aby wkręcić się w tę opowieść. Później przychodzi coś jeszcze lepszego. Reżyser pokazuje nam jak z małego chłopca Artur, stał się mężczyzną, który wyciągnął miecz z kamienia. Reżyser pokazuje nam jego dzieciństwo, wychowanie na ulicy oraz to jak stał się "osiedlowym" osiłkiem i guru. Ale proszę państwa, jak on to robi. Tylko Guy Ritchie jest w stanie streścić wam dwadzieścia lat życia jednej osoby w dwie i pół minuty (albowiem tyle trwa utwór Daniela Pembertona, który towarzyszy tej opowieści). Jest to jedna z najbardziej zapadających w pamięć scen w tym filmie. Dalej jest nico gorzej, ale reżyser nie schodzi poniżej poprawnego poziomu. Pierwszym problemem opowieści jest zbyt duża ilość postaci, które pojawiają się na ekranie. Jest ich tak dużo, że reżyser ewidentnie nie radzi sobie z zapanowaniem nad nimi wszystkimi. Gdyby było ich mniej, opowieść zdecydowanie by odetchnęła. Przez ten ścisk historia zobowiązuje się powiedzieć przynajmniej odrobinę, o każdym z bohaterów co niepotrzebnie marnuje czas, który lepiej byłoby spożytkować na dokładniejsze przedstawienie niektórych wątków. Albowiem oprócz pierwszoplanowej historii do filmu wciśnięto całą masę pobocznych i w sumie niepotrzebnych wątków, które skutecznie zapychają dziury pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, ale nie mają oprócz tego większej potrzeby bycia. Sama fabuła natomiast jest całkiem niezła. Potrafi zaintrygować (szczególnie początek), wciągnąć i sprawić, że będziemy chcieli zobaczyć więcej. Podążanie za wydarzeniami ekranowymi jest raczej bezbolesne, co niestety nie znaczy, że zawsze sprawia nam przyjemność i niezobowiązującą rozrywkę. Przede wszystkim akcja produkcji czasami aż za bardzo szaleńczo brnie do przodu. Urywa się twórcy za smyczy i tak jakby żyje swoim życiem. Właśnie w takich momentach często ekran ogarnia chaos, który potrafi nieźle zdezorientować widza. Ciężko jest nam się w tych momentach odnaleźć i stwierdzić gdzie tak naprawdę w fabule obrazu jesteśmy. Nie rzadziej dochodzi również do sytuacji, w których nie wiadomo czy to, co widzimy to fikcja, czy może rzeczywistość. Wizja, a może prawdziwe zdarzenie. Przez takie momenty obraz traci na ciągłości akcji no i przede wszystkim na spójności. Jednakże czasami bark mu również odpowiedniej przejrzystości oraz większej kontroli nad akcją produkcji, która pomimo całkiem równego tempa akcji lubi gdzieniegdzie sobie skoczyć w bok. Jest nieźle, ale nie dobrze.

Strona aktorska produkcji wyróżnia się przede wszystkim trzema kreacjami aktorskimi. Albowiem to one prezentują się najlepiej i najciekawiej z całej dosyć obszernej obsady. Są nimi: Artur, Vortigern oraz Ginewra. Opowieść tak naprawdę skupia się wokół tych trzech punktów. Sieroty, która ma być królem, królem, który za wszelką cenę che pozostać przy władzy i czarodziejką, która na polecenie Merlina ma pomóc Arturowi zasiąść na tronie. Trzy odrębne osoby, które łączą ze sobą świat rzeczywisty ze światem magii. W roli Artura mamy Charliego Hunnama, który rewelacyjnie portretuje zawadiackiego mieszkańca Londinium, który po otrzymaniu wychowania od ulicy wszędzie musi wepchnąć swój nos. Jego bohater jest cwaniakiem, który walczy dla siebie i o swoje. Być może dlatego tak ciężko jest mu uciec się do odpowiedzialności, która go czeka. Vortigern to zaś główny antagonista głównego bohatera, który jest w stanie przekroczyć każdą granicę, aby zatrzymać władzę. Bardzo dobry w tej roli Jude Law. Ginewra natomiast okazuje się niesamowicie intrygującą postacią, która ma w sobie wiele tajemnic i mroku. W tej roli Àstrid Bergès-Frisbey. Reszta obsady to: Djimon Hounsou jako Bedivere, Aidan Gillen jako William, Eric Bana jako Uther Pendragon, Kingsley Ben-Adir jako Tristan, Craig McGinlay jako Percival, Neil Maskell jako Backlack i Tom Wu jako Sir George.

Strona techniczna produkcji również wyróżnia się kilkoma charakterystycznymi elementami. Przede wszystkim jest to fenomenalna muzyka Daniela Pembertona, która oprócz tradycyjnych brzmień prezentuje nam niesamowicie ciekawy miks z użyciem najnowocześniejszych metod, jak i ekstrawaganckich pomysłów. Porządna dawka dobrej muzyki, która ma szanse na wiele wyśmienitych nagród. Oprócz tego są to bardzo dobre zdjęcia, świetne kostiumy, scenografie oraz tak zwany "teledyskowy" montaż. Największym minusem są efekty specjalne, które nie zawsze wyglądają dobrze. Mam nawet wrażenie, że często nawet użyto ich za dużo, przez co obraz przypomina straszą papkę samego CGI.

Koniec końców Guy Ritchie wychodzi obronną ręką. Co prawda używa w filmie wszystkich dostępnych i użytych już wcześniej motywów to i tak dalej jest w stanie nas czymś zaskoczyć. Jednakże radzę mu jednak znaleźć nowe pomysły, albowiem dla mnie "Król Artur: Legenda miecza" był kulminacją jego poprzednich charakterystycznych zagrań. Musi coś zmienić, aby nieco powiało w jego twórczości odrobiną świeżości. Najnowszej produkcji reżysera tego ewidentnie brakuje. Jednakże sama historia jest całkiem przyzwoita. Ma słabsze momenty, ale ogólnie rzecz biorąc, ogląda się ja w miarę przyjemnie. Aktorstwo jest całkiem dobre, a główni bohaterowie ciekawie nakreśleni. Do tego fenomenalna muzyka, zdjęcia i montaż. I choć seans nie jest spełnieniem marzeń, to jednak z przyjemnością obejrzałbym dalszą część tej opowieści. Niestety raczej do tego nie dojdzie, albowiem największym problem obrazu jest jego budżet. Ten film jest po prostu za drogi. Kosztował 175 milionów $, a prawda jest taka, że wygląda na zdecydowanie tańszy. Szkoda, albowiem oglądając produkcję, da się dostrzec, że niepotrzebnie tak roztrwoniono pieniądze na sceny, które były niepotrzebne. No ale co my na to poradzimy.

Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.