Snippet
Jake Epping czuje się wypalony i zagubiony. Jego była żona ułożyła sobie życie, jego uczniowie są zawsze rozkojarzeni, a powieść, którą planował napisać okazuje się fiaskiem. Wtedy właśnie jeden z jego najlepszy przyjaciół, Al Templeton, pokazuje mu króliczą norę, sekretny portal czasowy, który prowadzi do 1960 roku. Al prosi Jake'a o udanie się w przeszłość i stworzenie lepszego świata poprzez zapobieżenie zamachowi na życie prezydenta Kennedy'ego. Jake wchodzi do króliczej nory, by rozpocząć swoją misję, ale odkrywa, że zmiana przeszłości jest o wiele bardziej niebezpieczna niż mógłby to sobie wyobrazić.

twórca: Bridget Carpenter
oryginalny tytuł: 11.22.63
na podstawie: powieści "Dallas '63" Stephena Kinga
gatunek: Thriller, Sci-Fi
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 8
sezonów: 1
muzyka: Alex Heffes
zdjęcia: David Katznelson, Adam Suschitzky
produkcja: hulu
średnia ocena: 7,9/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)






 
Pokonać przeszłość

Co byście zrobili jeśli mielibyście okazję zmienić przeszłość? Zastanówcie się! Pobudźcie wyobraźnię! Znajdujecie na przykład w szafie portal czasowy, który przenosi was przykładowo do roku 1946 roku. Po wizycie w przeszłości dostrzegacie liczne możliwości polepszenia przyszłości. W tym przypadku największą z nich prawdopodobnie byłoby zabójstwo Adolfa Hitlera. Czy mając taką moc zdecydowalibyście się na ocalenie milionów ludzi przed niepotrzebną śmiercią oraz zapobiegli powstaniu tak niechlubnego wątku w dziejach ludzkości? Zadajcie sobie to pytanie i skonfrontujcie je z wyborem Jakea Eppinga, który posiadając taką  moc przenoszącą go do roku 1960 postanowił zapobiec zamachowi na prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Jednakże jak się okazuje walka z przeszłością bywa niebezpieczna.

Stephen King to niemalże niewyczerpalne źródło adaptacji filmowych. Do tej pory mieliśmy okazję oglądać ponad trzydzieści ekranizacji jego powieści, a w następnych latach ma pojawić się ich jeszcze więcej. W czym tkwi sukces pisarza każdy wie, ale jak jest z filmami na podstawie jego książek? Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że różnie. Raz lepiej, a raz gorzej co oczywiście jest całkiem normalne w przemyśle filmowym. Nie da się zawsze stworzyć dobrego filmu nawet jeśli się tego bardzo pragnie. Poza tym autor powieści zawsze jest jedynym twórcą swego dzieła, a w przypadku filmów jest całkiem na odwrót. Albowiem dany obraz tworzy sztab ludzi z reżyserem i scenarzystą na czele. Jednakże jeśli za przedsięwzięcie weźmie się ktoś w miarę kompetentny możemy otrzymać całkiem ciekawą produkcję. Czy właśnie tak jest z serialem stacji hulu "22.11.63"? Produkcja serwisu internetowego powstała na podstawie powieści wyżej wymienionego autora o tytule "Dallas '63". Tak jak filmowa adaptacja opowiada o postaci Jakea, który cofa się w czasie i próbuje zapobiec zabójstwu na prezydencie Kennedym. Brzmi intrygująco? Zapewne, albowiem w istocie "22.11.63" to serial z bardzo ciekawym pomysłem. Oczywiście nie mówię tu o jego powiązaniach z książką tylko o sposobie ukazania nam całej opowieści. Ten zaś jest bardzo świeży, lekki oraz pełen innowacji, które nieco inaczej ukazują nam niektóre zdarzenia znane z książki. Owe zmiany bardzo dobrze wpływają zarówno na odbiór jak i całkowity wydźwięk produkcji. Ale skupmy się już na samym serialu. Opowieść rozpoczyna się w obecnych czasach i momentalnie wciąga nas w wir wydarzeń zapoczątkowanych przekroczeniem przez Jakea tunelu czasowego. W mgnieniu oka uruchomiona zostaje lawina zdarzeń, która pochłania zarówno nas jak i naszego bohatera. Tak samo jak on jesteśmy nowi i nie wiemy co robić. To uczucie pozwala na jeszcze większą więź z serialowymi potyczkami naszej postaci, która musi pokonać przeszłość by naprawić przyszłość. Premierowy epizod to istna kwintesencja tego czym seria powinna być oraz czym po części była. Świetnie napisany, pełen napięcia, dramatu, akcji, zaskakujących zwrotów akcji oraz lekkości w sposobie prowadzenia opowieści. Oprócz tego diabelnie inteligenty, piekielnie zagmatwany i nieziemsko wciągający. Te wszystkie cechy są kwintesencją zarówno pierwszego jak i ostatniego epizodu. Co zatem z rozwinięciem serialu? Na tym polu ewidentnie można zauważyć spadek akcji, napięcia czy dramaturgii. Już drugi odcinek dostarcza dużo mniej emocji niż jego poprzednik, a dalej jest podobnie, albo nawet gorzej. Wydarzenia ekranowe lubią na zmianę niesamowicie nas ciekawić, albo okropnie nas nudzić. W środku sezonu produkcja ewidentnie straciła na głównym wątku, który strasznie mozolnie posuwa się na przód i nie jest w stanie przykuć naszej uwagi. Na ekranie panuje przestój, a my zaczynamy popadać w lekki manieryzm, albowiem to co wcześniej nas zachwyciło niemalże bezpowrotnie znikło. Fabuła zaczęła być strasznie rozleziona, a co za tym idzie w wielu przypadkach twórcy niepotrzebnie lali wodę, aby uzbierać odpowiedni czas ekranowy. To wszystko spowodowało, że ostatecznie rzecz biorą dla niektórych postaci zabrakło czasu, a ten z kolei przydałby im się do lepszego rozwinięcia ich wątków. Tak to postawiono na pierwszoplanowe postacie, a te będące nieco z boku jedynie lekko nakreślono i wrzucono do produkcji. Ja na przykład chętnie bym poznał ich losy, albowiem było w nich widać potencjał, który dobrze wykorzystany mógłby jeszcze wyżej wznieść serię. Nie pociesza nas również fakt, że od pewnego momentu serial zaczyna bardziej przypominać dramat miłosny, a nie thriller, albowiem nagromadzenie wątków miłosnych w niektórych momentach wręcz przytłacza główny wątek, który znika pod grubą powłoką romasu. Jeśli zaś chodzi o pierwszoplanową intrygę to trzeba przyznać, że została świetnie wykreowana. Jest bardzo drobiazgowa, rewelacyjnie rozplanowana krok po kroku oraz pełna niesamowitych zwrotów akcji, które potrafią napędzić produkcję nawet w momentach przestoju. Ukazuje nam szczegółowo zaplanowaną odsiecz dla prezydenta Kennedy'ego by ocalić jego życie. Widzimy jak wszystko zostało zaplanowane oraz jak szczegółowo możemy wejść w wydarzenia lat 60. dzięki rozmaitym badaniom na temat tej tragedii. No, ale żeby ocalić prezydenta trzeba wiedzieć kto to zrobił. Jak się nie ma pewności to trzeba ją zdobyć. Na tym właśnie polega cały haczyk, że do końca nic nie jest pewne, a my musimy zbadać każdy nawet najmniejszy trop by mieć 100% pewność. Do tego dochodzi jeszcze sam fakt, że przeszłość nie chce być zmieniana i robi wszystko, aby utrudnić nam to zadanie. Niespotykane dotąd tego rodzaju zagranie okazało się strzałem w dziesiątkę, albowiem nic nie powinno udawać się tak po prostu, a więc czemu przeszłość miałaby dać się zmienić tak łatwo? Ciekawie prezentują się również liczne koniunkcje bohaterów oraz przypadkowość w ich spotkaniach, które okazują się być czymś więcej niż przepadkiem, a nawet więcej niż przeznaczeniem. Fabułę cechuje wiele pozytywnych aspektów, ale niestety znajdą się również te negatywne, które nieco przyćmiewają tą lepszą stronę produkcji. Szkoda czasu poświęconego na nie to co trzeba oraz rozwodnienia fabuły, która zasługiwała na znacznie ciekawsze poprowadzenie. Na szczęście wielkiej tragedii nie ma, ale niesmak pozostaje.

Bohaterowie to jeden z mocniejszych elementów produkcji. Dzięki świetnie napisanym i zagranym postaciom serial wiele zyskuje. Jest bardziej wiarygodny, intrygujący oraz pełen zaskakujących zwrotów fabularnych. Nigdy nie wiadomo do czego posunie się jedna z naszych postaci, ani jaki będzie jej następny ruch. Cechuje je tajemniczość oraz ciekawość związana z Jakem – główną postacią, która wyraźnie odstaje od całej reszty i nie do końca wpisuje się w realia lat 60-tych. Na pierwszym planie mamy świetnego Jamesa Franco, któremu bardzo dobrze udaje się ukazać rozdartego wewnętrznie nauczyciela pomiędzy zleconym zadaniem, a kwitnącą miłością. Zaraz obok niego znajduje się Sarah Gadon jako przepiękna Sadie Dunhill, George MacKay jako Bill Turcotte oraz Daniel Webber jako Lee Harvey Oswald. W obsadzie znaleźli się również: Chris Cooper, Cherry Jones, Kevin J. O'Connor, Lucy Fry, Jonny CoyneNick Searcy, T.R. Knight, Josh Duhamel oraz Tonya Pinkins. Wszyscy świetnie się spisali.

Od strony technicznej serial prezentuje się bardzo dobrze. Mamy dobre zdjęcia, ciekawą muzykę, dobre efekty oraz oryginalny klimat. Nie brakuje w opowieści napięcia, dramatu czy też miłości. Oprócz tego mamy świetne kostiumy, rewelacyjne scenografie oraz zapadającą w pamięć wyjątkową aurę lat 60. które potrafią nas niesamowicie urzec.

Serial "22.11.63" na podstawie prozy Stephena Kinga zapowiadał się naprawdę obiecująco. Niestety nie wszystko twórcom wyszło jak należy. Przede wszystkim są to: ciągle zmieniająca się akcja produkcji, nieco rozwleczona fabuła oraz brak poszanowania dla drugoplanowych postaci.  Na szczęście główna intryga ratuje serial tak samo jak postacie, wykończenie oraz pierwszy i ostatni odcinek, które kumulując w sobie to co w serii najlepsze dostarczają nam wybornych emocji oraz poruszającego zakończenia całej opowieści, podczas którego naprawdę można uronić kilka łez. Głównie za te elementy moja ocena rośnie, w górę, ale niestety nie zapomnę o tym co można było zrobić lepiej.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.
 
Fortitude to 700-osobowe miasteczko leżące poza kołem podbiegunowym. Otoczone dziką przyrodą i pięknymi widokami, uchodziło za najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. Aż do teraz. Makabryczne morderstwo burzy spokój lokalnej społeczności. Śledztwo prowadzi szef lokalnej policji, który nigdy przedtem nie zetknął się z morderstwem. Sprawę, ku niezadowoleniu burmistrza i szeryfa, przyjechał zbadać na wniosek rodziny zmarłego, detektyw Eugene Morton. To dopiero początek problemów.

twórca: Simon Donald
oryginalny tytuł: Fortitude
gatunek: Thriller Psychologiczny, Dramat, Kryminał
kraj: Wielka Brytania
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 12
sezonów: 1
muzyka: Ben Frost
zdjęcia: Wojciech Szepel, John Conroy, Christopher Ross, Gary Shaw, David Luther
produkcja: Sky Atlantic
średnia ocena: 8,3/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)







W okowach lodu


Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby świat, w którym nie popełniono by żadnego poważniejszego przestępstwa? Mówiąc poważnego mam na myśli związanego z brutalnymi aktami przemocy, które prowadzą do morderstwa. Zapewne nikt z was nigdy nie rozważał takiej możliwości, albowiem morderstwo towarzyszy ludzkości już od samych początków. Niemniej jednak co by było gdybyście mieszkali sobie w spokojnej, niewielkiej mieścinie z dala od cywilizacji. Prowadzilibyście sobie bezproblemowe życie na uboczu, gdzie nie dochodziłoby do żadnych poważnych przewinień nie mówiąc już o zabójstwie. Aż tu nagle w tej nieskazitelnej mieścinie ginie człowiek. Dzieje się rzecz niemożliwa, a spokój miejscowości zostaje zachwiany. Ciekawe jak poradzilibyście sobie z takim zwrotem akcji gdybyście byli mieszkańcami tytułowego miasteczka o nazwie Fortidude, o którym opowiada serial brytyjskiej telewizji kablowej Sky.

Fortitude z języka angielskiego oznacza męstwo bądź hart ducha, które rzeczywiście przydadzą się mieszkańcom owej mieściny. Albowiem do ich okolicy zawitało przerażające morderstwo, które na zawsze zmieni oblicze tej lodowej krainy. Ale jak się prędko okazuje śmierć jednego z mieszkańców nie jest jedynym problemem burmistrza miasta. Wkrótce okazuje się, że zabójstwo uruchamia lawinę zdarzeń, która wprowadza niesłychane zamieszanie. Sprawy nie poprawia również przybycie specjalnego detektywa z Wysp Brytyjskich, który na wniosek rodziny zmarłego ma zbadać sprawę. Choć w miasteczku nieustannie panują minusowe temperatury, to jednak z każdą minutą rośnie napięcie, które sprawia, że mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Atmosfera coraz to bardziej narasta i niewiele brakuje by doszło do kolejnego nieszczęścia... Po samym opisie ciężko wywnioskować co tak naprawdę dzieje się w tym odległym mieście, albowiem fabuła serialu okazuje się być dużo bardziej skomplikowana niż można by przypuszczać. A wszystko zaczyna się od całkiem niepozornego znaleziska, które okazuje się być warte morderstwa. Jednakże wracając do początku należy podkreślić, że jednym z głównych zalet produkcji jest sam pomysł na miasteczko zwane Fortitude. Twórca serii Simon Donald wykreował niezwykle intrygujące, pełne tajemnic i szokujących zwrotów akcji miejsce, które zaskakuje nas już od samego początku. Z pozoru miasteczko wydaje się być niczym innym jak odległym od cywilizacji zakątkiem, który odstrasza ujemnymi temperaturami i tylko nieliczni godzą się w nim zamieszkać. Tymczasem bardzo prędko wychodzi na jaw, że zarówno mieścina jak i jej mieszkańcy skrywają więcej tajemnic niż można by przypuszczać, które niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki zaczynają nagle wychodzić na jaw. Ale najgorsze ma dopiero nadejść... Głównym atutem serii jest niewiedza, groza, tajemnica oraz element zaskoczenia, który często pojawia się podczas oglądania serialu. Natomiast fabuła okazuje się być bardzo intrygująca, niezwykle wciągająca oraz pełna niewiadomych, które aż proszą się o wyjaśnienie. Niestety tajemnicze zajścia przez dłuższy czas pozostaną dla nas jedną wielką zagadką, która tylko rozbudzi nasz apetyt na serial i sprawi, że z wielką chęcią sięgniemy po więcej. Wydarzenia ekranowe są pełne napięcia i dynamizmu dzięki czemu nie pozwalają nam się nudzić ani przez chwilę. Nawet wtedy gdy akcja serialu nieco zwalnia, albowiem wtedy mamy do czynienia ze świetnie napisanymi dialogami, które idealnie dopełniają produkcję. Tak samo jest postaciami, których potyczki okazują się jednym z ważniejszych elementów serii, albowiem również odpowiadają za budowanie odpowiedniego napięcia. Z kolei główna intryga serialu koncentrująca się na morderstwie okazuje się być tak zawiła i tajemnicza, że nawet wam się o tym nie śniło. Twórca serialu wykazał się niezwykłą pomysłowością przy tworzeniu pierwszoplanowego wątku przez co udało mu się wprowadzić w niemałą konsternację nie tylko mieszkańców Fortitude, ale również nas widzów, albowiem to co zrobił to istny majstersztyk. Simon Donald dosyć niekonwencjonalnie podszedł do serialu dzięki czemu udało mu się stworzyć niezwykle intrygujący, bardzo tajemniczy i wręcz nieprawdopodobny zwrot akcji, którego nigdy byście się nie spodziewali. Jak się później okazuje był to jeden z lepszych pomysłów na serię, który poniekąd przeobraził ją w coś całkiem nowego. Choć było to odważne i nie do końca sprawdzone posunięcie, to jednak twórca wyszedł z niego obronną ręką i w rewelacyjny sposób połączył ze sobą dwa różne gatunki. Nie obyło się bez szalonych, a niekiedy nawet schizowych zwrotów akcji, które odpowiednio wprowadzały zamieszanie w fabule. Szkoda tylko, że na sam koniec, już po odgadnięciu wszystkich części układanki seria się nieco dłuży. Tak jakby została niepotrzebnie rozciągnięta. Gdyby tak nieco uszczuplić materiału byłoby dużo lepiej. Tak to po emocjonującym finale seria się nieco za długo kończy. Ale ogólnie rzecz biorąc tragedii nie ma.

"Fortitude" może pochwalić się również gwiazdorską obsadą, która rewelacyjnie prezentuje się na ekranie. Aktorzy świetnie poradzili sobie ze sportretowaniem swoich bohaterów dzięki czemu mamy do czynienia ze świetnie zagranymi sylwetkami. Nasze postacie są rewelacyjnie napisane, posiadają niekiedy złożone osobowości lub niecodzienną przeszłość, której nie chcą ujawniać. Są to w większości silne, zdecydowane i nieustępliwe charaktery, które nie boją się działać i dążyć do ustalonego przez siebie celu. Niestety ilość bohaterów w serialu nie pozwala na dokładne nakreślenie każdego z nich. Łatwo powiedzieć, że przydałoby się pozbyć kilku z nich, ale wtedy seria znacząco by straciłaby, albowiem koniec końców każda z postaci ma swój wkład w serię. Dlatego też rozumiem ideę ich istnienia, ale jednak wolałbym by mieli nieco większy udział w fabule oraz byli lepiej nakreśleni. W obsadzie produkcji znaleźli się: fenomenalny Stanley Tucci jako detektyw Eugene Morton, świetna Sofie Gråbøl jako burmistrz Hildur Odegard, bardzo dobry Richard Dormer jako szeryf Dan Anderssen, rewelacyjny Michale Gambon jako Henry Tyson, przedni Luke Treadawy (brat bliźniak Harryego znanego z roli dr. Frankensteina z "Domu Grozy
") jako Vincent Rattrey oraz niezły Christopher Eccleston jako profesor Charlie Stoddart, Verónica Echegui jako Elena Ladesma i Björn Hlynur Haraldsson jako oficer Eric Odegard – mąż pani burmistrz. W serialu znaleźli się również: Jessica Raine, Nicholas Pinnock, Sienna Guillory, Phoebe Nicholls, Chipo Chung, Jessica Gunning, Darren Boyd oraz Elizabeth Dormer-Phillips i Darwin Brokenbro jako przedstawiciele młodszej części obsady.

Od strony technicznej serial prezentuje się bardzo dobrze. Mamy ciekawe zdjęcia, klimatyczną muzykę, dobre efekty specjalne oraz przepiękne krajobrazy ukazujące nam mroźne oblicze koła podbiegunowego. Jednakże na duże uznanie zasługuje wręcz nieziemski klimat produkcji, który jest nas w stanie zelektryzować tajemniczą, albo wręcz schizową atmosferą, która odpowiednio buduje napięcie jak i dramaturgię. To właśnie dzięki niej serial tak dobrze się ogląda i wywołuje takie emocje.

Podróż do "Fortitude" okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem. Choć z początku przypuszczałem, że serial skieruje się na całkiem inne tory, to jednak muszę przyznać, ze ten element zaskoczenia wręcz wybornie udał się twórcy. Tak samo jak pełna tajemnic, grozy, intrygujących i wciągających zdarzeń fabuła, świetnie nakreślone i zagrane postaci oraz doskonałe wykończenie. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów w postaci nieco rozciągniętego zakończania oraz zbyt dużej ilości postaci, która doprowadziła do podzielenia ich na te mniej lub bardziej ważne. Jednakże ostatecznie rzecz biorąc seria jest warta naszej uwagi jak i poświęconego czasu. Choć mroźne klimaty mogą niejednego z was odstraszyć, to jednak uwierzcie mi, że ta przygoda warta jest kilku odmrożeń. ;)


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Gra

Rok 1972. Po obu stronach żelaznej kurtyny działają agencje wywiadowcze, których zadaniem jest wzajemna infiltracja i namierzenie słabych punktów wroga. Jednym z najlepszych tajnych agentów pracujących na rzecz bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii jest Joe Lambe. Kontaktuje się z nim Arkady Malinow, zbiegły z ZSRR agent KGB i zdradza plany radzieckiej inwazji na Europę Zachodnią pod kryptonimem "Operacja Szkło".Rozpoczyna się gra, która ma na celu wykrycie radzieckiej siatki szpiegowskiej w Anglii. Wszystkie chwyty są dozwolone.

twórcy: Toby Whithouse
oryginalny tytuł: The Game
gatunek: Thriller, Szpiegowski
kraj: Wielka Brytania
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 6
sezonów: 1
muzyka: Daniel Pemberton
zdjęcia: Sam McCurdy, Urszula Pontikos
produkcja: BBC
średnia ocena: 8,7/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)







 
Prawie jak Bond

Co my byśmy zrobili gdyby nie MI6, niezastąpiony/-a M oraz niezawodny Bond. Tyle razy już uratowali świat przed szalonymi geniuszami oraz rozmaitego kalibru atakami. Dzięki serii o szarmanckim agencie brytyjska placówka wywiadowcza o intrygującej nazwie MI6 zyskała duży rozgłos i zapewne każdy z Was o niej słyszał.  A czy słyszeliście może o MI5? Niektórzy zapewne, ale ten wydział nie jest raczej tak znany jak MI6 z Bonda. A jednak wywiad ten jest równie ważny, albowiem odpowiada za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju przed infiltracją obcych agencji. To właśnie ona jest jednym z bohaterów serialu BBC pt: "Gra".

Jak na MI5 przystało broni ona bezpieczeństwa w kraju przed inwigilacją. Dokładnie na tym opiera się główna oś fabuły oraz nasi bohaterowie, którzy w owej agencji pracują. Mamy lata 70. XX wieku. W europie panuje okres Zimnej Wojny, a co za tym idzie wyścig zbrojeń, nieustanna inwigilacja oraz próba przeniknięcia do struktur wroga. To właśnie w takiej rzeczywistości poznajemy głównego bohatera oraz całą resztę specjalnego zespołu kierowanego przez tajemniczego mężczyznę o przezwisku Tatuś. Jednakże dlaczego serial "Gra" miałby być lepszy od podobnych produkcji tego typu? Pomyślmy... pomysł, wykonanie, intryga i klimat. Ale zacznijmy od początku. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na rewelacyjny koncept oraz misternie uknuty wątek przewodni. Twórca produkcji Toby Whithouse wyszedł do widzów z odważną, pełną ciekawych zwrotów akcji oraz niebanalnej fabuły produkcją, która potrafi niesamowicie nas urzec. Choć seria posiada jedynie sześć odcinków, to jednak koniec końców okazują się być wystarczającą ilością epizodów, aby ukazać nam pełnię szczegółowego scenariusza. Ten zaś ukazuje nam intrygujące i pełne emocji zdarzenia, które sprawiają, że bez wahania chcemy sięgnąć po więcej. Odcinki są tak świetnie skonstruowane, że dosłownie nie ma w nich czasu nawet na odrobinę nudy. Koncentrują się na głównej opowieści, perypetiach bohaterów oraz ukazują również wydarzenia z przeciwnej strony. Wszystko to świetnie zmontowane okazuje się być kompletną i niespodziewanie potężną i bogatą w treść fabułą, która już z samego początku potrafi nas niesłychanie wciągnąć. Historia jest opowiedziana w starym dobrym stylu. Bez przekombinowanych technologii czy nadzwyczajnie błyskotliwych umysłów (w końcu to lata 70. co wcale nie oznacza, że twórca nie mógłby poszaleć). To nie jest przecież rzeczywistość tylko fikcja, a twórca stara się być jak najbliżej realnego świata, aby całość miała bardzo wiarygodny wydźwięk. Czasem nawet przechodzi nas taka myśl, że może wydarzenia ukazane w "Grze" to prawda, albowiem wszystko wydaje się tak realistyczne, że aż jesteśmy skłonni uwierzyć, że serial powstał na faktach historycznych. Natomiast co do pierwszoplanowej intrygi trzeba przyznać, że jest fenomenalnie poprowadzona od samego początku, aż do końca. Twórca nie pozostawia wydarzeń, ani bohaterów samym sobie tylko bardzo precyzyjnie nimi kieruje dzięki czemu udaje mu się powiązać wszystkie aspekty produkcji i doprowadzić je do tego samego miejsca jednocześnie zaznaczając, że całość jest ze sobą połączona. Nawet te najbardziej szokujące zdarzenia okazują się być perfekcyjnie umotywowane przez co Toby Whithouse w fenomenalnym stylu ukazuje nam politykę agencji wywiadowczych oraz ich techniki działania. Wszystko jest nam ukazane zza kulis wielkich organizacji. Wchodzimy do ich wnętrza i przyglądamy się ich funkcjonowaniu co daje nam możliwość wglądu do świata w jakim żyją agenci. Nikomu nie można zbytnio ufać, albowiem każdy może być wrogiem. Zaś z kolei wróg mojego wroga może okazać się moim przyjacielem co może doprowadzić do niebezpiecznej gry, która nie zawsze musi się skończyć szczęśliwie. Dlatego właśnie każda scena, wypowiedź czy postać jest niezwykle ważna, albowiem tworzą one świetne iluzje i pozory świadczące o tym, że tak naprawdę ufać możemy tylko sobie, a czasami nawet ta opcja nie jest dobra. Całość jest tak charakterystyczna, że od razu jesteśmy w stanie wyczuć szpiegowski klimat, który rewelacyjnie buduje napięcie oraz odpowiednią dramaturgię. Nie zabraknie również pełnych akcji pościgów, emocjonujących strzelanin, zaskakujących zwrotów fabularnych oraz tajemnicy, którą owiana jest "Operacja Szkło". Innymi słowy "Gra" pod względem fabularnym wypada rewelacyjnie.

Kolejnym elementem godnym uwagi jest wyśmienite aktorstwo oraz rewelacyjnie nakreślone postaci. Każda z nich to odmienna osobowość dzięki czemu ich charakterystyki nie da się sprowadzić do banałów i oczywistości. Twórca bardzo postarał się przy tworzeniu naszych bohaterów, aby byli jak najbardziej wiarygodni. Muszę przyznać, że udało mu się dopiąć swego, albowiem zadbał nawet o najmniejsze szczegóły. Nie pozostawił oczywiście naszych bohaterów bez intrygującej, tajemniczej, a czasami wstydliwej przeszłości, która często lubi wyjść na jaw w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Takim oto sposobem mamy świetnego Toma Hudgesa jako agenta Joe Lambea, który niestrudzenie próbuje zapobiec zagrożeniu ze strony ZSRR. Oprócz niego na ekranie pojawiają się: Brian Cox jako Tatuś, Victoria Hamilton jako Sarah Montag, Jonathan Aris jako Alan Montag, Paul Ritter jako Bobby Waterhouse, Shaun Dooley jako Detektyw Jim Fenchurch, Chloe Pirrie jako Wendy Straw oraz Zana Marjanović jako Yulia i Yevgeni Sitokhin jako Odin. Obsada naprawdę się spisała i dostarczyła nam pełnokrwistych bohaterów, których, aż chce się oglądać.

Od strony wykończeniowej również należy pochwalić serial. Przede wszystkim ciekawe i dynamiczne zdjęcia, oryginalna i ciekawa muzyka Daniela Pembertona oraz rewelacyjne kostiumy i scenografie, które momentalnie przenoszą nas do lat 70. Oprócz nich niezwykle ważny jest również klimat produkcji, który emanuje tajemnicą, dreszczykiem emocji, ale również odrobiną dramatu.

Nie po raz pierwszy dostajemy od BBC miniserię, która okazuje się fenomenalnie opowiedzianą historią, z niezwykle ciekawym wątkiem głównym, wyjątkowymi i dobrze nakreślonymi bohaterami oraz z bardzo dobrym wykończeniem. Muszę przyznać, że serial "Gra" mnie niesamowicie zaskoczył, albowiem nie spodziewałem się po tym tytule tak dobrej produkcji. Szczególnie, że trafiłem na nią przez przypadek. W takim razie proszę o więcej takich przypadków.


Zapraszam do polubienia  profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Bobby jest wrażliwym romantykiem z Bronxu. Licząc na spełnienie marzeń o wielkiej karierze, wyrusza w podróż do Los Angeles, gdzie zaczyna pracę u swojego wujka Phila – agenta topowych gwiazd Hollywood. Na miejscu poznaje piękną sekretarkę Vonnie. Chłopak bez pamięci zakochuje się w dziewczynie, nie wiedząc jeszcze, że ta znajomość wywróci jego życie do góry nogami.

gatunek: Komedia
produkcja: USA
reżyser: Woody Allen
scenariusz: Woody Allen
czas: 1 godz. 36 min.
zdjęcia: Vittorio Storaro
rok produkcji: 2016
budżet: 30 milionów $
ocena: 7,1/10







 
Szczęście w nieszczęściu

Cóż to byłby za rok bez kolejnego filmu od Woodyego Allena? Zapewne byłby najzwyklejszym w dziejach świata okresem, który cierpi ze względu na brak corocznego Allena w swoim repertuarze. Jednakże jak na razie taka sytuacja nam nie grozi, albowiem reżyser ma się dobrze i dosłownie nic go nie powstrzyma od wypuszczania swoich nowych filmów każdego roku. Niegdyś domeną reżysera była komedia, a dziś twórca często kieruje się w stronę słodko gorzkich-opowieści, które są wypełnione sentymentem. Czy właśnie to spotkało "Śmietankę towarzyską".

Owszem, ale to nie wszystko co tym razem ma nam do zaoferowania słynny reżyser. Ostatnimi czasy twórca gustował w przeróżnych stylizacjach z dużym naciskiem na filmy umiejscowione w największych miastach świata. Jednakże ten etap pan Allen ma chyba już za sobą, albowiem po jego najnowszych produkcjach można wyczuć, że nie prędko (jeśli w ogóle) powróci do dawnego pomysłu. Niemniej jednak artysta zawsze stawia duży nacisk na wyraziste i pełne intrygujących historii miejsca tak więc i tym razem nie mogło tego zabraknąć. A więc mamy Amerykę, lata 30 i Los Angeles. Fabuła produkcji koncentruje się na młodym romantyku z Bronxu, który postanawia zmienić swoje życie i wyrusza do odległego miasta, aby zacząć pracować u swojego wuja – topowego agenta Hollywoodzkich gwiazd. Reżyserowi bardzo zgrabnie udaje się nas wprowadzić w fabułę produkcji, która z kolei jest całkiem intrygująca i wciągająca. Akcja obrazu bardzo szybko się rozkręca, a wszystko to dzięki jednej z pierwszych scen (Eisenberg z prostytutką), która jest kwintesencją wyśmienitego aktorstwa i geniuszu scenopisarskiego Allena, gdzie główną rolę odgrywają fenomenalnie napisane dialogi oraz gra aktorów. Dalej również jest dobrze, ale nie jest to jakość, którą mogliśmy zobaczyć na samym początku. Pod tym względem "Śmietanka towarzyska" na przemian prezentuje się raz rewelacyjnie, a raz przeciętnie. Wszystko to ze względu na dynamikę obrazu oraz to na jakim poziomie widnieją dialogi. Nie da się ukryć, że najnowszy film reżysera to właśnie na nich się skupia. Zresztą nie po raz pierwszy. Tak czy siak niektóre sceny wypadają po prosu raz lepiej, a raz gorzej. Do tych zdecydowanie lepszych można zaliczyć wszelakie wątki żydowsko-gangsterskie, które nota bene posiadają również najlepiej prezentujące się dialogi. Reszta choć tak dobra nie jest, to jednak stara się zbytnio nie odstawać od tych lepszych fragmentów. Historia ukazana na ekranie jest skrupulatnie opowiedziana oraz dobrze poprowadzona.  W tradycyjny dla reżysera sposób nie mogło nam zabraknąć zarówno komedii jak i odrobiny dramatu. Nie należy zapominać również o typowym dla twórcy stylu prowadzenia opowieści oraz o licznych zwrotach fabularnych, które niejeden raz namieszają w życiu naszych bohaterów. Choć wszystko to jest nam dobrze już znane to nie da się odmówić Allenowi wspaniałego kunsztu reżyserskiego, dzięki któremu udaje mu się całkiem zgrabnie ograć nawet swoje wcześniejsze nawiązania. W jego pracy widać zdecydowanie i fach dzięki, któremu "Śmietanka towarzyska" okazuje się być również pouczającą lekcją. Albowiem historia dwójki głównych bohaterów ukazuje nam, że miłość jest piękna, ale oprócz niej jest również coś jeszcze co może zadecydować o tym co tak naprawdę postawimy na pierwszym miejscu. Opowieść o Bobbym i Vonnie uczy nas, że nie zawsze liczy się to co możemy dać, a często to czego nie możemy dać. Reżyser zwraca również uwagę na dwoistość uczucia, ale również osobowości, która z czasem zmienia się. Takim oto przykładem ukazuje nam odwrócone o 180 stopni postacie, w których z czasem zaszła zmiana. Czy to na lepsze czy gorsze. Oprócz tego z historii można wyczytać gorzki posmak zrządzenia losu, który dopiero z czasem uświadamia nam jakich wyporów powinniśmy dokonać, aby nie utkwić w stagnacji jak nasi bohaterowie. Ale gdyby tego było mało wraz z takowymi refleksjami pojawia się paradoks obecnego stanu i pytanie czy kiedyś podjęta decyzja nie była słuszna, a my przygnębieni postanowieniami z przeszłości wyobrażamy sobie niemające nastąpić jutro. Zresztą takich paradoksów w najnowszej produkcji Allena jest znacznie więcej, a ich obecność obrazuje nam jedynie zawiłość życia jak i jego złośliwość. Na dalszym planie mamy również ukazany magiel towarzyski w postaci sław Hollywoodu, który zdaje się być fascynujący jedynie na krótki okres czasu. Choć film w połowie traci na dynamizmie i niemalże zmierza ku końcowi to jednak reżyser przywraca go na właściwe tory jednym ze swoich znajomych zagrań. Jest to działanie nieco na siłę, ale konieczne jeśli chce się ukazać pełnię opowieści. Pod względem fabularnym produkcja prezentuje się nieźle. Nie jest to szczyt możliwości reżysera, ale o rozczarowaniu również nie można mówić.

Aktorsko produkcja prezentuje się wyśmienicie z rewelacyjnym Jesse
Eisenbergiem na czele, który perfekcyjnie wzuł się klimat Allenowskiego dzieła. Postacie w "Śmietance towarzyskiej" są rewelacyjnie zagrane, ale przede wszystkim świetnie napisane dzięki czemu aktorzy mogą w pełni ukazać nam rozterki każdego z naszych bohaterów. To w nich tkwi siła produkcji i to oni są jej elementem napędowym. Dzięki tak dogłębnej analizie reżyser nie pozostawia pustki i niedomówień po swoich sylwetkach. Zaraz za Eisenbergiem mamy świetną Kristen Stewart, której równie dobrze udało się wpisać w Allenowski świat oraz bardzo dobrego Stevena Carella po raz kolejny w poważniejszej i stonowanej roli. I dobrze. Uwielbiam to jego nowe oblicze. Proszę o więcej. Oczywiście nie należy zapomnieć o przepięknej Blake Lively, która w filmie występuje raczej jako olśniewający dodatek, oraz o Coreyu Stoll czy Jeannie Berlin.

Od strony technicznej produkcja również zachwyca. Przede wszystkim bardzo dobrymi, rozświetlonymi zdjęciami Vittorio Storaro, które dodają filmowi ciepła oraz sprawiają, że możemy cieszyć się pełną paletą barw ukazującą nam koloryt dawnych lat. Na uwagę zasługuje również wyśmienity klimat obrazu.

"Śmietanka towarzyska" to nie dzieło sztuki, a raczej dobrze napisana i opowiedziana historia z tradycyjnymi dla Allena zagraniami, które tym razem udaje mu się całkiem sprytnie ograć. To całkiem intrygująca i pełna zawiłości opowieść o miłości, trudnych wyborach, ale także o cierpieniu oraz nieszczściu przesiąkniętym sentymentem. W końcu to opowieść mocno bazująca na świetnie napisanych i zagranych postaciach, które urzekają nas swoją charyzmą jak i autentycznością. Koniec końców najnowszy film Allena okazuje się całkiem godną uwagi historią, która ma swoje przesłanie i można z niej co nieco wyciągnąć. To pełna uroku i wyjątkowego klimatu opowieść, która pozostawia nas z głową pełną myśli dziki otwartemu zakończeniu, które świetnie wieńczy produkcję.
Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.
Na pustyni w Nowym Meksyku naukowiec Vera Ivanov zostaje świadkiem zderzenia z Ziemią tajemniczego obiektu. Mimo że fala uderzeniowa spowodowana kolizją zatrzymuje pracę jej serca, po kilku godzinach kobieta w cudowny sposób wraca do życia. To samo przytrafia się czwórce nieznajomych, którzy zostają połączeni ze sobą dziwną więzią. Niebawem pojawia się tajemniczy mężczyzna i oferuje Verze przywrócenie jej porwanego syna w zamian za nie do końca moralną przysługę. Wkrótce tych kilkoro wybrańców połączonych ze sobą biblijną przepowiednią odkryje, że zyskali nowe moce, a ich zadaniem jest uratować świat przed apokalipsą.

twórcy: Eoghan O'Donnell
oryginalny tytuł: The Messengers
gatunek: Dramat, Sci-Fi
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 13
sezonów: 1
muzyka: Paul Haslinger
zdjęcia: John Newby, Sidney Sidell
produkcja: cw
średnia ocena: 7,3/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)






 
Masz wiadomość...

Walka dobra ze złem to temat wielu produkcji filmowych jak i telewizyjnych. Ten bardzo popularny wątek już od dłuższego czasu raczy nas swoją niesłabnącą obecnością. Jednakże jakby się tak zastanowić to prawdę mówiąc niewiele z tych wszystkich obrazów tyczy się stricte Biblii oraz walki z szatanem. Stacja cw postanowiła nieco zmienić ten status rzeczy prezentując nam serial "Posłańcy". Choć produkcja nie zagościła zbyt długo na ekranach telewizorów, to jednak czy jest to zły obraz?

Po przeczytaniu opisu można dojść do wniosku, że "Posłańcy" to lekki i niezobowiązujący serial o walce dobra ze złem i takie tam. Nic szczególnego, a więc nie wartego uwagi. Otóż okazuje się, że produkcja jest całkowitym zaprzeczeniem owych słów. Jakim prawem? - zapewne zapytacie. A odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Pomysł. Niby nic, a znaczy więcej niż można by przypuszczać.  To właśnie pomysł odróżnia tę produkcję od całej masy innych obrazów tego typu. Twórca serii Eoghan O'Donnell wyszedł z ciekawym konceptem ukazania nam końca świata według biblijnej przepowiedni skupiającej się na Czterech Jeźdźcach Apokalipsy. Większość z was pewnie słysząc "biblijnej" ucieka na kilometr, ale okazuje się, że diabeł wcale nie taki straszny jak go malują. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość produkcji skupiających się na wydarzeniach z boskiej księgi to tanie, przelukrowane, tandetne, nijakie i sztampowe dzieła od których oglądania można dostać raka. Poważnie. Ale z "Posłańcami" jest inaczej. Największa zaletą tej produkcji jest właśnie fakt, że nie wpada w ustalone z góry schematy i nie zostaje sprowadzona do prostych i pięknych obrazków, w których widać boską moc. O nie. Przecież to jest zbyt proste, a życie właśnie nie jest proste. Tak samo jest z serialem, który nie boi się iść nową, często dłuższą, ale świeższą ścieżką niż tą sprawdzoną i wydeptaną dróżką. Dzięki ciekawemu pomysłowi i sprawnej realizacji produkcja nie wpada w schematy i nie powtarza błędów poprzedników ponieważ podąża w całkiem innym kierunku. Unika również wielu standardowych klisz przez co opowieść zdaje się być jeszcze bardziej ujmująca, a pomysłowość twórcy potrafi nas wielokrotnie zaskoczyć. Wszystko to sprawia, że fabuła produkcji to ciekawa, wciągająca i pełna przygód opowieść, którą świetnie się ogląda. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego po "Posłańcach" co sprawia mi jeszcze większą radość z tego, że serial nie okazał się całkiem zbyteczną produkcją. Wydarzenia ekranowe koncentrują się wokół grupki nieznajomych, którzy nagle stają się sobie bliscy po tym jak dostają dary od boga i stają się jego posłańcami wiary, jednocześnie będąc jedyną nadzieją ludzkości na ratunek przed apokalipsą. W tym samym czasie obserwujemy szatana, który kompletuje swoich popleczników, alby doprowadzić do końca świata. Jak już wcześniej pisałem mamy tutaj ukazaną sztandarową walkę dobra ze złem. Nic niezwykłego, ale jednak znacznie bardziej ciekawszego nisz większość obrazów tego typu. Mówią, że diabeł tkwi w szczegółach co zdaje się być kluczem do rozszyfrowania serialu. Otóż w produkcji liczy się tak naprawdę cała reszta, a nie starcie dobra i zła. Zaskoczeni? Nie dziwię się, albowiem nie jest to coś czego można było się spodziewać. Ku mojemu zaskoczeniu podczas oglądania serialu okazało się, że kluczowym elementem serii jest cała ta otoczka wokół nakreślonego dużo wcześniej schematu. Eoghan O'Donnell odwalił kawał dobrej roboty adaptując na swoje potrzeby Biblię, która tak naprawdę posłużyła mu jedynie jako trzon opowieści. Cała reszta to już wyłącznie jego koncepcja, która koncentruje się na ciekawie zarysowanych bohaterach oraz ich perypetiach. To oni ukazują nam siłę opowieści oraz pokazują, że nie wszystko można sprowadzić do banałów. Oprócz tego twórca posiada bardzo precyzyjnie stworzony pomysł na to jak powinna prezentować się seria i konsekwentnie realizuje swój zamysł. Podoba mi się sposób w jaki ugryzł wiele biblijnych odnośników oraz to jaką pomysłowością wykazał się przy dostosowywaniu opowieści do obecnych czasów. Oprócz tego nie zabraknie również całej masy tajemniczych zdarzeń oraz kliku rewelacyjnych zwrotów fabularnych, które potrafią nieźle zamieszać w serialu. A na to wszystko mamy jeszcze wiele ciekawych retrospekcji, które dopełniają obraz. Koniec końców okazuje się, że fabuła serialu nie jest taka prosta i szablonowa jakiej można było się spodziewać.

Bohaterowie w "Posłańcach" to świetnie nakreślone i pełnokrwiste postacie, które przez cały serial próbują pogodzić normalne życie z ratowaniem świata w imię Boga. Oprócz tego nieustannie zmagają się z brzemieniem oznaczającym wybranie ich z całej populacji. Albowiem każdy z nich jest inny oraz wyznaje inną religię. Jedna postać jest nawet ateistką. Ale gdy przychodzi co do czego nie liczy się który bóg jest lepszy, albowiem to cały czas ten sam tylko, że pod innym imieniem. Aczkolwiek wydarzenia z serialu nawiązują stricte do Biblii. Niemniej jednak nasi bohaterowie to istna mieszanka wybuchowa co czyni z nich wyjątkowych, a zarazem niedoświadczonych i skazanych na porażkę znajomych. Jednakże ci nie poddają się  i walczą do końca. Warto również zwrócić uwagę na postać samego diabła gdyż jest ona jedną z ciekawszych sylwetek w serialu. W obsadzie znaleźli się:  Shantel Vansanten jako Vera Buckley, JD Pardo jako Raul Garcia, Sofia Black-D'Elia jako Erin Calder, Diogo Morgado jako Mężczyzna, Joel Courtney jako Peter Moore, Jon Fletcher jako Joshua Silburn Jr, Anna Diop jako Rose Arvale oraz Lane Garrison jako Ronnie. Aktorzy świetnie poradzili sobie z ukazaniem nam swoich bohaterów dzięki czemu pod względem aktorskim serial prezentuje się na całkiem dobrym poziomie.

Od strony technicznej serial prezentuje się bardzo dobrze. Mamy odpowiednią muzykę, przyzwoite zdjęcia oraz dobre efekty specjalne. Wszystko na swoim miejscu bez większych niespodzianek, ale również bez rozczarowań.

"Posłańcy" to bardzo ciekawa propozycja serialowa, która skupia się na biblijnej wersji końca świata. Choć produkcji daleko do arcydzieła, to jednak nie sposób odmówić jej niezwykłej pomysłowości twórcy oraz ciekawego przedstawienia wydarzeń biblijnych.  Eoghan O'Donnell odwalił kawał dobrej roboty przy tworzeniu tej produkcji. Jego wysiłki opłaciły się, albowiem udało mu się odświeżyć Apokalipsę oraz ukazać nam nowe spojrzenie na znany i oklepany temat. Koniec końców "Posłańcy" to wcale nie taki zły serial. Nie ma się co do niego zrażać, ani być zbytnio uprzedzonym poprzez religię czy też przekonania, albowiem byłoby to kompletnie bezsensu. Warto sięgnąć po tę produkcję i przekonać się samemu nawet jeśli drugi sezon serialu nie powstanie.


Zapraszam do polubienia  profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Pierwszy od 15 lat, a zarazem ostatni film Andrzeja Żuławskiego będący uwspółcześnioną adaptacją „Kosmosu” Gombrowicza. Witold i Fuks udają się do prywatnego pensjonatu. Jeden nie zdał egzaminów na prawie, drugi porzucił pracę u paryskiego projektanta. W zdawałoby się spokojnym miejscu dochodzi do dziwnych sytuacji. Wróbel zawieszony na sznurku, dziwne znaki w ogrodzie czy zniekształcone usta pokojówki skrywają tajemnicę. Nie tylko intrygująca zagadka zaprząta głowę Witolda – zakochuje się on bez pamięci w zamężnej kobiecie. Do czego to wszystko doprowadzi i kiedy zamiast wróbla zawiśnie człowiek?

gatunek: Dramat
produkcja: Francja, Portugalia
reżyser: Andrzej Żuławski
scenariusz: Andrzej Żuławski
czas: 1 godz. 43 min.
muzyka: Andrzej Korzyński
zdjęcia: André Szankowski
rok produkcji: 2015
budżet: 1,6 miliona €
ocena: 6,9/10





Dziwniejsza przygoda


Jak to jest kiedy spotyka się dwóch mistrzów? Jeden z nich słynie z awangardy, szaleństwa i błyskotliwości porównań, a drugi nieustannie przełamuje liczne bariery estetyczne i napędza dzieła swoją niekonwencjonalną wizją. Zarówno Gombrowicz jak i Żuławski wpisali się w kulturę polską jak i światową swoimi niezwykle odważnymi dziełami. Teraz obydwaj "spotkali się", aby stworzyć wyjątkowe dzieło. Reżyser po piętnastu latach przerwy powraca do nas z adaptacją "Kosmosu" Witolda Gombrowicza. Jesteście ciekawi co z tego wyszło?

"Kosmos" Witolda Gombrowicza to dzieło niezwykłe zarówno w swojej formie jak i treści. Ukazuje nam pobyt Witolda – narratora powieści w jednym z Zakopiańskich pensjonatów. Akcja ma miejsce w dwudziestoleciu międzywojennym, a fabuła skupia się zarówno na zagadkowych zjawiskach mających miejsce wokół domku letniskowego jak i na skrupulatnej analizie postaci. Choć dzieło czyta się trudno nie da się zaprzeczyć, że jest iście genialne i jedyne w swoim rodzaju. Pełne awangardy, tajemnicy oraz walki o zrozumienie świata jak i samego siebie. Film Andrzeja Żuławskiego opowiada taką samą historię z kilkoma wyjątkami. Dwudziestolecie między wojenne zamieniono na obecne czasy, a Zakopane na nadmorskie miasteczko. Oprócz tego dokonano nieznacznych zmian w budowie postaci, ale to są już drobiazgi. Produkcja posiada bardzo dobry wstęp, który odpowiednio intryguje nas treścią obrazu. Odrobina groteski, tajemnicy i niecodziennych postaci. Fabuła okazuje się być niezwykle intrygująca, wciągająca oraz niemalże w 100% zgodna z książką, biorąc pod uwagę początkowy przebieg zdarzeń. Później twórca nieznacznie odstępuje od książkowego oryginału, ale wciąż stara się być jak najbliżej papierowej wersji. Niestety o ile u Gombrowicza panuje odpowiednie wyczucie "smaku
" jak i stylu u Żuławskiego, te cechy często się kłócą. Pisarz pomimo swojego niekonwencjonalnego myślenia świetnie opowiedział o przygodach Witolda z odpowiednim zachowaniem wyznaczonych na początku standardów. Natomiast Żuławski nieustannie eksperymentuje z formą jak i treścią swojego obrazu przez co nie zawsze udaje mu się zachować poczucie dobrego "smaku". Albowiem od pewnego momentu film zaczyna przybierać jeszcze bardziej ekstrawagancką postać niż sama książka. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie sam fakt, że owe działanie jest robione na siłę wbrew zawczasu obranym kierunku. Następuje zaburzenie konwencji co przekłada się na mniej zrozumiały wydźwięk obrazu. Wbrew pozorom "Kosmos" Gombrowicza nie jest tak trudny do odczytania czego nie można powiedzieć o filmie Żuławskiego. Nie wspominam już nawet o nieznajomości książki, albowiem jest ona konieczna jeśli chce się obejrzeć ową produkcje. Bez odpowiedniego przygotowania możemy nic nie zrozumieć lub być wręcz zdegustowani wydarzeniami ekranowymi. Oprócz tego reżyser zbyt dosadnie akcentuje niektóre wątki rzez co wypadają nieco "koślawo" na ekranie. Zbyt przesadna obrazowość, nadpobudliwa intonacja oraz nad wyraz teatralne aktorstwo sprawiają, że obraz gdzieś w połowie traci poczucie "smaku", a jego dobry zamysł figuruje jedynie w myśl awangardy i groteski. Żuławski niepotrzebnie nadyma swoją produkcję zbędną nadinterpretacją przez co poniekąd tworzy swoją interpretację "Kosmosu", która niekoniecznie do siebie przekonuje tak jak powieść Gombrowicza. Szkoda, że reżyser poszedł tą drogą, albowiem miał duże pole do popisu po niezwykle ciekawym wstępie, w którym całkiem inteligentnie "ugryzł" słowa Gombrowicza.

Pod względem aktorskim "Kosmos" Żuławskiego prezentuje się bardzo dobrze. Pomijając nachalną teatralność wyczynów aktorskich, można śmiało powiedzieć, że aktorzy sprawdzili się w swoich rolach oraz wizji Żuławskiego. Na pierwszym planie mamy Jonathana Genêta jako Witloda -  mężczyznę rozdartego pomiędzy sobą, a swoją manią zrozumienia świata oraz Johana Libéreau jako Fuksa – byłego pracownika domu mody, który boryka się z brakiem akceptacji. Na drugim planie pojawiają się: Victória Guerra jako Lena, Sabine Azéma jako Pani Woytis, Jean-François Balmer jako Leon oraz Andy Gillet jako Leon.

Od strony technicznej produkcja również prezentuje dobry poziom. Zarówno ciekawe zdjęcia jak i odpowiednia muzyka są w stanie wprowadzić nas w odpowiedni nastrój, a zwieńczeniem tego jest tajemniczy i niecodzienny klimat.

"Kosmos" Andrzeja Żuławskiego pomimo wielu swoich wad można uznać za kino godne uwagi. Chociażby ze względu na ciekawe aktorstwo, dobre wykończenie i świetnie obsadzonych aktorów. Fabuła natomiast posiada swoje wzloty i upadki i niestety prezentuje się najsłabiej z całego filmu. Koniec końców warto się skusić na produkcję Żuławskiego. Choć nie jest ona tak genialna jak powieść Gombrowicza, to jednak ma w sobie jej pierwiastek co czyni ją wyjątkową. W końcu mamy do czynienia z niezwykłym pisarzem.

Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.
 
Serial przedstawia historię młodego mężczyzny, Kyle’a Barnesa, który od dzieciństwa zmaga się z opętującymi go złymi mocami. Teraz, z pomocą wielebnego Andersona, wiejskiego pastora, walczącego z własnymi demonami, Kyle wyrusza w podróż, by znaleźć odpowiedzi na to, w jaki sposób odzyskać normalne życie, którego nigdy nie zaznał. Jednak to, co odkryje może zmienić los nie tylko jego, ale całego świata – na zawsze. 

oryginalny tytuł: Outcast
twórca: Robert Kirkman
na podstawie: komiksu pt: "Outcast" Roberta Kirkmana
gatunek: Dramat, Horror
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 10
sezonów: 1
muzyka: Atticus Ross, Leopold Ross, Claudia Sarne
zdjęcia: David Tattersall, Evans Brown
produkcja: Cinemax, Fox
średnia ocena: 5,9/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 18 lat (wg. KRRiT)








 
Wyrzutek

"Żywe trupy" to jeden z najpopularniejszych i najchętniej oglądanych seriali ostatnich lat. Choć doczekał się już sześciu sezonów twórcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i z dumą kontynuują swoją apokaliptyczną historię. Ta zaś z kolei powstała na podstawie czarno-białego komiksu autorstwa Roberta Kirkmana, który to również odpowiada za serial kanału AMC. Nic więc dziwnego, że kolejna duża stacja postanowiła sięgnąć po twórczość pana Kirkmana i stworzyć na jej podstawie kolejny serial. Czy i tym razem opowieść okaże się niezaprzeczalnym sukcesem?

Z takimi obwieszczeniami radziłbym na razie zaczekać, ale kto wie? Może kiedyś w istocie tak się stanie. Jednakże na razie serialowi daleko do fenomenu "Żywych trupów". Produkcja stacji Cinemax we współpracy z Fox powstała na podstawie, jakżeby inaczej komiksu stworzonego przez nikogo innego jak Roberta Kirkmana. Outcast w wydaniu papierowym po raz pierwszy pojawił się w 2014, a więc stosunkowo niedawno. Jednakże scenariusz serialu został stworzony jeszcze przed premierą pierwszego egzemplarzu komiksu. Produkcja serii rozpoczęła się w 2015 roku by mieć swoją światową premierę rok później. Teraz będąc już po premierze pierwszej serii nie sposób powstrzymać się od wypowiedzenia słów, że Outcast: Opętanie najzwyczajniej w świecie zawiódł.

Serial skupia się na burzliwych losach Kyle’a Barnesa, który od wielu lat zmaga się tajemniczymi siłami, które za wszelką cenę chcą go skrzywdzić. Nasz bohater nie wie co jest tego przyczyną, a z obawy przed skrzywdzeniem innych postanawia osunąć się w cień. Niestety nie dane mu będzie wieść spokojnego życia wyrzutka, albowiem zło nigdy nie śpi i ponownie atakuje mieszkańców miasteczka Rome. Czy nasz bohater da radę odpędzić demony i odzyskać normalne życie? Dokładnie tyle wystarczyło, aby zaintrygować nas tym serialem. Tajemnica, mroczne siły i wyraziste postaci. Taki właśnie jest pierwszy odcinek stanowiący idealne wprowadzenie do serialu. Ukazuje nam przeszłość głównego bohatera oraz koncentruje się na jego obecnych poczynaniach. Przedstawiono nam również znaczną część obsady oraz zapoznano nas z wątkiem głównym, na którym będzie koncentrować się seria. A wszystko to zaprezentowano z niezwykłą lekkością i gracją. Nie zabrakło również odrobiny mroku oraz grozy, które tylko zaostrzyły apetyt na serial. Pod wieloma względami pilot mnie niesłychanie zaskoczył przez co z wielką chęcią sięgnąłem po kolejne epizody. Niestety wraz z końcem pierwszego odcinka moje nadzieje na pełen mroku i grozy serial bezpowrotnie wyparowały. Obiecująco zapowiadająca się historia dosłownie z sekundy na sekundę zamieniła się w nieciekawą i rozwleczoną do granic możliwości opowieść, która nie ma prawie nic wspólnego z tym co zaprezentowano nam na samym początku. Fabuła produkcji okazała się wolna i mało intrygująca, a potyczki naszej postaci walczącej z demonami zostały sprowadzone do minimalnego poziomu sięgającego co najwyżej zera. Wątek główny zaprezentowany w pierwszym epizodzie bardzo szybko zszedł na dalszy plan nie obiecując nam rychłego powrotu. W zamian za to otrzymaliśmy całą masę niepotrzebnych i nic nie wnoszących do historii wątków pobocznych, które niepotrzebnie zajmują czas ekranowy. Z kolei pierwszoplanowa intryga ukazuje nam się jedynie od czasu do czasu, aby przypomnieć nam o czym tak właściwie jest ten serial, albowiem poprzez natłok innych wątków łatwo można o tym zapomnieć. Owe przebłyski niestety nie są w stanie dostatecznie nas zaintrygować, abyśmy bez problemu mogli sięgnąć po dalsze odcinki. Wydarzenia ekranowe na przemian ciekawą oraz nudzą przez co serial jest strasznie nierówny jeśli chodzi o narrację. Twórcy wielokrotnie zbywają nas tanimi sztuczkami od właściwej fabuły przez co ciężko brać opowiadaną przez nich historię na serio. Brak im konsekwencji przy prowadzeniu opowieści przez co historia często sprawia wrażenie niedokończonej, albo niedopowiedzianej, albowiem twórcy lubią nagle urwać opowiadany przez nich wątek. Serial ten jest również niekończącym się pasmem pytań bez odpowiedzi. Wykreowana w pierwszym epizodzie tajemnica jest na tyle intrygująca, że chcemy poznać odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Niestety twórcy po raz kolejny okazują się być na tyle bezczelni, że po zaserwowaniu nam kilku niekompletnych i wymijających odpowiedzi znowu sypią nam kolejną garścią nowych pytań. Nie miał bym nic przeciwko serii, która wyjawia nam informację na przynajmniej połowę nurtujących nas zagadnień, albowiem druga część byłaby świetnym elementem napędowym produkcji. Niestety w "Outcast: Opętanie" twórcy wolą wszystkie tajemnice zachować dla siebie co doprowadza serial do takiego absurdu, że nawet na samym końcu niewiele wiemy. Żeby tego było mało od pewnego momentu serial przypomina raczej dramat obyczajowy, a nie serial grozy. Wydarzenia  w większości koncentrują się na życiu jak i trudnych wyborach bohaterów nie mających nic wspólnego z głównym wątkiem oraz mrocznymi mocami. Dopiero pod koniec serialu sytuacja ulega zmianie, ale to i tak nie jest żadne pocieszenie. Historia  Kyle’a Barnesa schodzi na dalszy plan, a nam nie pozostaje nic innego jak zadowolić się tym co serwują nam na ekranie. Nie wiem jak twórcy wyobrażali sobie stworzoną przez siebie historię, ale z pewnością nie tak jak została ona nam ukazana, albowiem zawodzi pod każdym względem.

Aktorsko serial nie rozczarowuje i dostarcza nam ciekawych i dobrze zagranych bohaterów. Nasze postacie są niezwykle szczegółowo nakreślone dzięki czemu ich obawy, leki oraz trudności prezentują się bardzo przekonująco. Oprócz tego nasi bohaterowie to silne osobowości, które pomimo wielu przeszkód są w stanie z nimi poradzić i zacząć od nowa. Na pierwszym planie mamy Patricka Fugota jako Kyle'a Barnesa, który od wielu lat jest nękany przez demony. Choć nasza postać z początku jest bardzo zagubiona powoli odnajduje prawidłowość w swoich działaniach i stara się wszystko naprawić. Zaraz obok mamy Philipa Glenistera jako wielebnego Andersona – miejscowego księdza, który słynie z wypędzania demonów. Jednakże jego sylwetka jest dużo bardziej skomplikowana co odsłaniają nam kolejne odcinki z jego udziałem. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że jest szalony, ale za jego intencjami kryje się dobro, które często daje się zmanipulować przez zazdrość. Na ekranie ukazano nam również skomplikowane życie Megan i Marka Holterów (Wrenn Schmidt i David Denman), którzy walczą z demonami przeszłości oraz swoimi własnymi błędami. Nie należy zapomnieć również o Allison Barnes (Kate Lyn Sheil) - żonie Kyle'a oraz ich córce Amber (Madeleine McGraw). W serialu pojawiają się również: Reg E. Cathey jako komendant Giles, Melinda McGraw jako Patricia MacCready, Brent Spiner jako tajemniczy Sidney, Pete Burris jako Ogden i Debra Christofferson jako Kat Ogden.

Od strony technicznej serial również prezentuje się bardzo dobrze. Przede wszystkim mamy świetne efekty specjalne oraz ciekawe zdjęcia. Muzyka natomiast nie wyróżnia się niczym specjalnym, a klimat produkcji mógłby być bardziej mroczny. Na plus na pewno można zaliczyć scenografie oraz kostiumy.

"Outcast: Opętanie" odbił się głośnym echem w telewizji za sprawą bardzo rozbudowanej i długo trwającej kampanii promującej serię. Niestety to co można było zobaczyć w zapowiedziach nie przekłada się na to co dostaliśmy w kompletnym sezonie pierwszym. Serial przede wszystkim zawodzi pod względem rozwlekłej i nieciekawej fabuły oraz podrzędnie potraktowanej pierwszoplanowej intrygi. Sposób prowadzenia opowieści pozostawia wiele do życzenia, a niekończące się pasmo pytań bez odpowiedzi niekorzystnie wpływa na odbiór produkcji. Jedyna nadzieja serii w dobrym aktorstwie, pełnokrwistych postaciach oraz dobrym wykończeniu. Niestety serialowi Roberta Kirkmana daleko do pełnej grozy i mroku produkcji jaką nam obiecywano. Zbyt wiele rzeczy po prostu ze sobą nie współgra przez co nie ma co liczyć na dobrą produkcję. Choć końcówka pierwszej serii daje nadzieję, że może w końcu coś się w serialu ruszy, to jednak nie zmienia to faktu, że "Outcast: Opętanie" mocno rozczarowuje.


Zapraszam do polubienia  profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.
Diane jest młodą i piękną prawniczką. Pewnego dnia mężczyzna o imieniu Alexandre okazuje się być szczęśliwym znalazcą jej zgubionej komórki. Proponuje spotkanie, podczas którego odda zagubiony telefon. Mężczyzna okazuje się być najprzystojniejszym, a zarazem najniższy gościem restauracji. Jednakże wzrost nie przeszkadza mu czerpać z życia pełnymi garściami. Diane ulega romantycznej fascynacji wyjątkowym i niezwykle dowcipnym mężczyzną. Jednak z czasem w serce kobiety zaczynają wkradać się wątpliwości…

gatunek: Komedia rom.
produkcja: Francja
reżyser: Laurent Tirard
scenariusz: Laurent Tirard, Grégoire Vigneron
czas: 1 godz. 36 min.
muzyka: Éric Neveux
zdjęcia: Jérôme Alméras
rok produkcji: 2016
budżet: -
ocena: 7,0/10





 
Mierzyć wysoko

Ostatnimi czasy francuskie kino wprost zalewa polski rynek swoimi produkcjami. W większości przypadków są to komedie romantyczne, których ekspansja przypomina tę polską jeszcze kilka lat temu. Same komedie romantyczne i do tego niskiego poziomu. Jednakże nie można powiedzieć tego o tych, które przybywają do nas z Francji. Nasi sąsiedzi znad Sekwany wyspecjalizowali się już w produkowaniu filmów tego gatunku przez co udaje im się nie powielać znanych już schematów, ale wykorzystać to co ofiaruje dzisiejsza Francja. Świetnym tego przykładem jest komedia "Za jakie grzechy dobry boże" opowiadająca o bardzo aktualnym problemie tego kraju europejskiego, a mianowicie różnorodności ras. Tym razem na warsztat wzięto kolejny ciekawy problem dotyczący wzrostu mężczyzny względem kobiety. Czy reżyserowi udało się w ciekawy sposób ugryźć ten temat?

Ku mojemu zaskoczeniu pan Tirard świetnie poradził sobie z ukazaniem bolączek swoich postaci. Jednakże zaczynając od początku należy wspomnieć, że nasz bohater – Alexnader pomimo bycia wyjątkowym człowiekiem jest zarówno bardzo niskim mężczyzną. Ma zaledwie około 1.30 wzrostu co wcale nie nie przeszkadza mu żyć pełnią życia. Jednakże dużo trudniej jest utrzymać przy sobie partnerkę, która pogodzi się z byciem wyższą. Diane wydaje się dobrym materiałem na kobietę marzeń Alexandra, ale czy uda jej się wytrwać z nowo poznanym mężczyzną? No właśnie gdyby nie nieprzeciętnie niski wzrost Alexandra ten film byłby po prostu tandetną i do bólu schematyczną komedią, której nawet nie warto by oglądać, albowiem można by sięgnąć po dużo lepsze z tego gatunku. Jednakże reżyser ukazuje nam historię, która pomimo bycia romantyczną okazuje się być również nieustanną walkę z samym sobą. Fabuła produkcji jest niezwykle prosta i w zasadzie nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. On poznał ją i zaczęli się spotykać. Czy będzie z tego wielka miłość? Kto wie. Jednakże w "Facecie na miarę" nie chodzi o samą opowieść, ale o postacie, które generują ciekawą opowieść. To właśnie dzięki nim ten film warto obejrzeć, a nie dla utartego schematu romantycznego, który owszem jest główną osią fabuły, ale tak naprawdę nie wnosi nic nowego ani odkrywczego. To relacje postaci oraz ich interakcje napędzają dzieło Tirarda, który na pierwszym planie umieścił powszechny stereotyp dotyczący tego, że mężczyzna ma być wyższy od kobiety. Oprócz tego nieco go podrasował, aby różnica między jego postaciami była dosyć znaczna. Zabieg ten generuje  całą masę śmiesznych gagów oraz humoru sytuacyjnego, który jest jednym z głównych elementów produkcji. Jednakże problem z jakim zmierzył się reżyser nie tylko śmieszy, ale również pokazuje, że owa przypadłość istnieje (no może nie w aż tak wyolbrzymiony sposób) i nie powinna być czynnikiem dyskredytującym mężczyznę. Nie bez powodu Alexandre to przystojny, szarmancki, pełen energii i dobrego samopoczucia człowiek sukcesu. Jedyną rzeczą, która stoi na przeszkodzie do bycia rozchwytywanym jest jego niski wzrost. Twórcy chcą przez to pokazać, że tak naprawdę liczy się wnętrze, a nie wygląd, na który wszyscy tak zwracamy uwagę. I to właśnie wzrok okazuje się być tym najbardziej mylącym zmysłem, albowiem dostrzega jedynie skorupę, a nie to co mieści się w środku. W produkcji poruszany zostaje również temat "a co ludzie powiedzą", który pomimo ewoluującej tolerancji nadal stanowi dla wielu z nas problem. Bo przecież dla niektórych to wręcz niemożliwe powstrzymać się od plotkowania. To ich chleb powszedni. Warto również zwrócić uwagę na ciekawie odwrócone role gdzie to kobieta stara się o przychylność mężczyzny. Natomiast całość jest zaserwowana w niezwykle lekkiej i przystępnej formie gwarantującej dobrą zabawę.

Pod względem aktorskim produkcja prezentuje się rewelacyjnie. Zarówno pomniejszony komputerowo Jean Dujardin jak i piękna Virginie Efina świetnie radzą sobie z ukazaniem na ekranie wszystkim rozterek swoich bohaterów. Świetnie ze sobą współgrają jako para przez co czuć napięcie między nimi. Oprócz nich na ekranie goszczą również: Cédric Kahn, Stéphanie Papanian, César Domboy oraz Edmonde Franchi, Manoëlle Gaillard i Bruno Gomila. Członkowie obsady spisali się świetnie i dali z siebie wszystko.

"Facet na Miarę" Laurent Tirarda to kolejna świetna komedia francuskiej produkcji. Niezwykle lekka oraz przyjemna w odbiorze. Do tego wypełniona po brzegi bardzo dobrym humorem. Choć historia jest nieco oklepana, to jednak nie przeszkadza nam to aż tak bardzo, albowiem film porusza wiele ciekawych problemów, które zasługują na większą uwagę niż schematyczny wątek miłosny.


Zapraszam do polubienia profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.

Serial opowiada o Jesse Custerze - kaznodziei, który mieszka na wsi i stara się żyć według dawno złożonej obietnicy. Niestety nie radzi sobie ze swoim zawodem jak i przeszłością, która nie pozwala mu o sobie zapomnieć. Wkrótce do miasta przybywa tajemniczy Cassidy oraz była dziewczyna Jessego. Kaznodzieja będzie musiał się zmierzyć z wszystkim przeciwnościami losu, aby stać się dobrym klechą i wypełniać wolę Boga.

oryginalny tytuł: Preacher
twórca: Seth Rogen, Evan Goldberg, Sam Catlin
na podstawie: komiksu pt: "Kaznodzieja" Garetha Ennisa
gatunek: Dramat, Horror
kraj: USA
czas trwania odcinka: 1 godz.
odcinków: 10
sezonów: 1
muzyka: Dave Porter
zdjęcia: Bill Pope, John Grillo
produkcja: AMC
średnia ocena: 6,7/10 (system oceny seriali wyjaśniam tutaj) 
wiek: dozwolone od 16 lat (wg. KRRiT)









 
Zły ksiądz

W dzisiejszych czasach adaptacje komiksów to chleb powszedni. Wystarczy spojrzeć co się dzieje na rynku filmów superbohaterskich i już wiadomo, że jest na to niemalejący popyt. Ale komiksy to nie tylko opowieści o herosach ratujących świat przed masową zagładą. To również cała masa różnego kalibru historii, które ukazują nam losy bohaterów nie będącymi zbawcami świata. Wśród najpopularniejszych z nich znajdziemy charyzmatyczną opowieść o kaznodziei Jesse Custerze, który wraz z przyjaciółmi przemierza świat i przeżywa rozmaite przygody. Teraz ten słynny komiks doczekał się telewizyjnej adaptacji. Co z tego wyszło?

Komiks został stworzony przez Gertha Ennisa i został wydawany w latach 1995-2000. O adaptacji kinowej mówiło się już od 1998 roku, ale prace ciągle przekładano bądź porzucano. W końcu Ennis zdecydował się na format telewizyjny i przygotował scenariusz dla HBO. Jednakże stacja odmówiła produkcji serialu ze względu na przesadny mrok opowieści i brutalność. W końcu kilka lat później kanał AMC zdecydował się wyprodukować serial, jednakżee bez twórcy oryginału. Projektem zajęli się Seth Rogen, Evan Goldberg i Sam Catlin. Jak ci panowie poradzili sobie z tak mrocznym i brutalnym materiałem?

Przede wszystkim wyzbyli się go niemalże doszczętnie. To co dla twórcy komiksów było kluczowe dla całej opowieści teraz zeszło na dalszy plan. Ale zacznijmy od początku. Serialowy Jesse Custer to ksiądz w niewielkiej i zabitej deskami mieścinie gdzie nawet diabeł mówi dobranoc. Zmęczony swoim życiem i złymi wyborami postanawia wieść samotne życie. Niestety nie idzie mu najlepiej, albowiem nadużywa alkoholu, a oprócz tego jego przeszłość depcze mu po piętach. Czy nasz bohater poradzi sobie z tym wszystkim? To pytanie będzie nas prześladować aż do końca serialu, albowiem potyczki naszego kaznodziei nie kończą się na alkoholu. Wstęp jest bardzo intrygujący, pełen tajemnicy, charyzmatycznych bohaterów oraz specyficznego humoru. Stanowi świetne wprowadzenie dla przyszłych wydarzeń. Szkoda, że to tylko tak ładnie wygląda. Fabuła serialu z początku okazuje się być czymś ekstrawaganckim, świeżym oraz pełnym niespodzianek. Niestety z czasem okazuje się, że im głębiej wnikamy w historię tym coraz nudniejsza się staje. Niestety, ale wątek główny "Kaznodziei" jest rozciągnięty do granic możliwości przez co nie zawsze jest nas w stanie w stu procentach zaintrygować. Momentami potrafi być ciekawy, wciągający i pełen akcji, a zaś kiedy indziej nudny, naciągany i mało absorbujący. Ta dwoistość wynika najprawdopodobniej z niezbyt dopracowanego scenariusza, który pomiędzy ciekawymi momentami z braku pomysłów generuje dziury fabularne skutecznie spowalniające akcję produkcji. Jeśli zaś chodzi o akcję serialu to ta przypomina piękną sinusoidę gdzie wyraźnie można dostrzec miejsca w których serial osiąga swoje maksimum, aby później spuścić parę i wrócić do powolnie toczącej się fabuły. Takie wybryki okazują się być bardzo męczące dla widza, któremu ciężko się w tym wszystkim połapać. Kuleje również budowanie napięcia spowodowane właśnie takimi skokami akcji. To samo tyczy się sposobu narracji produkcji, który ewidentnie należy poprawić. Oglądając produkcję AMC można odnieść wrażenie jakby twórcy podczas tworzenia serialu kłócili się między sobą i nieustannie wyrywali sobie długopis, aby dorzucić do opowieści swoje "dwa grosze". Przez to historia nieustannie mutuje i zmienia swój charakter co okazuje się być niezwykle denerwujące. Brak konsekwencji twórców, w którą stronę skierować tę opowieść poraża. Czy to ma być mieszanka zwariowanej akcji, humoru i brutalności czy nieustanne kontemplacje, kryzysy i powroty do przeszłości. Najwidoczniej nawet sami twórcy tego nie wiedzą albowiem serwują nam niezbyt strawną mieszankę, która nie jest w stanie nam powiedzieć w jakim kierunku wszystko zmierza. Na szczęście zarówno w momentach pełnych akcji jak i tych wolniejszych wypełnionych rozmyślaniami da się dostrzec mnóstwo pozytywów, które poniekąd ratują całość. Perypetie naszego kaznodziei prezentują się całkiem intrygująco i w istocie są wciągające. Co wcale nie oznacza, że jest to dobry poziom. Owszem ciekawi nas los naszej postaci, ale jej liczne poczynania niekiedy potrafią sprawić, że niejeden raz chwycimy się za głowę. Dlatego o ile główna intryga prezentuje się średnio na jeża tak wątki poboczne wypadają już znacznie lepiej. Szczególnie jeśli tyczą się postaci takich jak: Tulip, Cassidy, Fiore i DeBlanc. Są one intrygujące, aczkolwiek niezbyt rozbudowane. Ciekawie prezentują się również liczne retrospekcje, które wyjaśniają nam przeszłość bohaterów, abyśmy byli ją w stanie dokładnie zrozumieć. Całościowo historia prezentuje się całkiem nieźle, ale niestety nie jest to opowieść jakiej mogliśmy oczekiwać po pierwszym epizodzie. Ewidentnie zmarnowano potencjał na niezwykle oryginalną i charyzmatyczną opowieść jaką mógł być "Kaznodzieja".

Pod względem aktorskim produkcja AMC nie zawodzi i dostarcza nam całą masę przedziwnych bohaterów, których bardzo szybko udaje nam się polubić. Na pierwszym planie mamy Jesse Custera – miejscowego klechę, który ewidentnie nie nadaje się by być księdzem. Jednakże pomimo licznych przeszkód jak i swoich nawyków śmiało brnie przez życie starając się być najlepszym w tym co robi. Być taki jak ojciec. Wraz z nim doświadczamy jego wzlotów i upadków uświadamiając sobie jak bardzo nasz bohater jest rozdarty wewnętrznie pomiędzy tym co dobre, a tym co złe oraz tym co konieczne, a tym co słuszne. W tej roli mamy świetnego Dominica Coopera. Oprócz niego na pierwszym planie pojawia się jeszcze: Ruth Negga jako Tuli O'Hare i Joseph Gilgun jako Cassidy. Nieco za nimi są: Ian Coletti jako Eugene "Gębodupy" Root, Lucy Griffiths jako Emily Woodrow, Tom Brook jako Fiore, Anatol Yusef jako DeBlanc, Dereck Wilson jako Donnie Schenck, W. Earl Brown jako szeryf Hugo Root oraz Jackie Earle Haley jako Odin Quincannon.

Od strony technicznej "Kaznodzieja" również nie zawodzi. Mamy do czynienia z dobrymi efektami specjalnymi, przyzwoitymi zdjęciami oraz niezwykle klimatyczną muzyką. Na uwagę zasługuje również świetna scenografia. Wyjątkowy klimat, specyficzny humor oraz brutalność mogłyby być znakiem firmowym serii, ale zdecydowano się je zredukować prawie do zera. Został tylko klimat, odrobina humoru i skrawki krwawych potyczek. Co ciekawe pojawienie się w serii owych elementów niesamowicie ją odżywia dlatego doprawdy nie wiem czemu postanowiono się ich pozbyć.

"Kaznodzieja" po wielu latach czekania doczekał się w końcu ekranizacji, ale ostatecznie rzecz biorąc nie można jej uznać za zbyt udaną. Największym jej problemem jest fabuła, która nie trzyma się kupy. Pełna chaosu narracyjnego, braku konsekwencji, nierównego tempa akcji oraz na przemian ciekawej historii. Wątek główny również nie zachwyca, ale koniec końców serial da się oglądać. Co prawda raz jest lepiej, a raz gorzej, to jednak dzięki niezwykle charyzmatycznym bohaterom twórcom udaje się nas przekonać do serii. Oprócz tego serwują nam ciekawe zakończenie, które być może ukierunkowuje naszą opowieść w konkretnym kierunku. Jednakże na razie nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na dalsze losy naszego kaznodziei.


Zapraszam do polubienia  profilu facebook'okwego abyście zawsze byli na bieżąco z recenzjami.